Po granicy. Reportaż z ostatnich dni przed stanem wyjątkowym

Reporter „Biełsatu” Janusz Gawryluk przeszedł pogranicze polsko-białoruskie w ostatnich dniach przed wprowadzeniem tam stanu wyjątkowego. W materiale dla Biełsatu opowiada o tym, co mówią miejscowi mieszkańcy i ci, którzy odwiedzają Podlasie, jako turyści.

Z Krynek, do których można dojechać PKS-em z Białegostoku, pozostaje zaledwie 10 km. Do Usnarza Górnego – najbardziej medialnej wsi tegorocznych wakacji.

1,5 godziny żwawego marszu na północ z widokiem na granicę spowitą zwojami drutu kolczastego i już wyłania się Grzybowszczyzna.

Wchodzę do stodoły, gdzie 3 chłopów przesiewa zboże. Pytam, jak na skróty dostać się do obozowiska? Jeden z nich odpowiada:

– Idź tędy, prosto przez moje pole i za chwilę będziesz w obozie Abdula. Tylko uważaj na policję, bo jakiś śniady jesteś – dopowiada, kiedy już depczę po jego kartoflisku.

Usnarz na tydzień przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, zdj.: Janusz Gawryluk

Wszystko jak mówił, tylko musiałem jeszcze pokonać rzeczkę i 2 strumienie. Znalazłem się w dziewiczym lesie łopianowym o wysokości 2 metrów. Ponad nim sterczały sosny. Chłop zrozumiał mnie dosłownie i wskazał drogę do obozowiska migrantów otoczonych przez białoruskich i polskich strażników. Wzdłuż granicy mógłbym się doczołgać pod sam obóz, zanim któraś ze służb by mnie dojrzała. Nie ryzykuję mandatu i kłopotów. Wychodzę na środek pola pomiędzy obozowiskiem fundacji Ocalenie i obozowiskiem migrantów. Poddaję się. Zaskoczeni policjanci podbiegają i eskortują mnie do strefy dziennikarsko-turystycznej.

Prezydent wydał rozporządzenie o stanie wyjątkowym przy granicy z Białorusią

Stąd nic nie widać, co dzieje się w obozie migrantów. Oprócz namiotów fundacji Ocalenie, wozów TVN, Polsat i busa TVP Białystok przewijają się tutaj podróżnicy zwiedzający Podlasie.

Usnarz na tydzień przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, zdj.: Janusz Gawryluk

Gość z fundacji zapewnia mnie, że w obozie jest 32 Afgańczyków, ponieważ rozmawiała z nimi tłumaczka w języku dari (1 z 2 urzędowych języków obowiązujących w Afganistanie). Chłop ze stodoły chwilę wcześniej mówił mi, że na początku w obozie nie było Afgańczyków, ponieważ przywieźli tłumaczkę i ni w ząb nikt nic nie rozumiał co do nich mówiła. Natomiast Straż Graniczna uważa, że białoruskie służby co jakiś czas wymieniają słabszych migrantów. I weź coś zrozum będąc na miejscu wydarzenia? Podchodzi do mnie turysta z dwójką dzieci obwieszonych lustrzankami z długimi obiektywami. Jechali na trójstyk Polski, Litwy i Białorusi.

– I co, dali ci mandat? – pyta turysta

– Nie.

– A co, pokazałaś im akredytację?

– Nie – odpowiadam.

– Jak to? To co im powiedziałeś?

– Prawdę. Że chłop ze stodoły powiedział mi, że tamtędy mogę iść.

I poczłapali po błocie na górę, gdzie stały wszystkie samochody.

Usnarz Górny

80-letni pan Henryk remontuje swoją elektrownię wiatrową, która grała w filmie „U pana Boga za piecem” i z góry spogląda na to, co dzieje się w jego wsi od 3 tygodni.

– Łukaszenka przysyła tych ludzi tutaj i jeszcze na tym zarabia. A nasi politycy przyjeżdżają do nas i robią cyrk. Tych ludzi szkoda, ale to wina Łukaszenki, który zamęczył również swój naród. Wiem co mówię, bo mam dużo rodziny w Białorusi – mówi.

Pogadaliśmy jeszcze trochę i powiedziałem, że muszę już iść, bo przede mną jeszcze 60 km marszu na południe wzdłuż granicy.

Pan Henryk i jego elektrownia, zdj.: Janusz Gawryluk

Do Krynek, skąd przyszedłem, mam około 10 km. Trochę nieenergetycznie ponownie powtarzać tę trasę pomimo, że zmierzając do Usnarza Górnego skróciłem dystans idąc przez pole chłopa ze stodoły i bagno. Jestem jeszcze na wiejskiej drodze. Za mną wolno po bruku jedzie samochód. Odwracam się i pytam kierowcę, czy podrzuci do Krynek. Wsiadam. Za kierownicą młody chłopak, obok niego młoda dziewczyna.

– Jesteście z Usnarza? – zagajam.

– I tak i nie. To znaczy jesteśmy, ale mieszkamy w Sokółce.

– A co myślicie o tej sytuacji z migrantami w Usnarzu?

– Nic – odpowiada chłopak.

– A ty? – pytam dziewczyny.

– Ja też nic.

– Ale może coś, cokolwiek? – męczę młodzież.

Po chwili odpowiada dziewczyna:

– Wcześniej nikt nie słyszał o Usnarzu leżącym na końcu świata, a teraz naszą wieś zna cały świat!

Granica na Świsłoczy i obrońcy granic

Po wyjściu z Krynek piaszczystą drogą kieruję się na Łapicze. Mży permanentnie deszcz. Po 30 min. pierwsza z kilkunastu na trasie kontroli Straży Granicznej (SG). Pierwsi nie mogli uwierzyć, że idę 60 km. do wsi, w której mieszkam. Sprawdzając dokumenty zaproponowali zaledwie schronienie od deszczu pod sosną. Przedostatnia ekipa SG spotkana podczas marszu proponowała już mi pracę w Straży Granicznej.

3 kilometry od Ozieran Małych zatrzymuje się pan A. i proponuje podwózkę do wsi. Zgodziłem się. W ciągu tej krótkiej podróży zdążył kilkakrotnie przekląć Sowietów za to, że po wojnie drugi raz zmienili granicę, akurat w Ozieranach Małych i majątek jego rodziny pozostał w BSRR.

Wywołując kryzys na granicach Łukaszenka próbuje wymusić ustępstwa

Mijam kolejny kilometr. Ciągle pada deszcz, ale kiedy wszystko jest przemoknięte, to już nie przeszkadza. Po lewej wspaniała panorama Białorusi, po prawej polski las. Na skraju stoi dwóch młodych chłopaków w beretach, czarnych maskach i z karabinami. Za nimi, na mchu, duża ciężarówka wojskowa.

– Dzień dobry! Co tam wypatrujecie? – pytam.

– Przecież wie pan, co się dzieje.

– Oczywiście. I jak wygląda sytuacja?

– Na razie spokój.

Nie znam się na militariach, mundurach itp. ale oczy chłopaków błyszczały! Wyczuwało się ogromne podniecenie, zapał, chęć przygody. I to mnie zgubiło. Zadałem niefortunne pytanie:

– A to wy z WOT-u jesteście?

Spojrzeli na mnie jak na cywila.

– Panie, my wojsko!

Obrazili się. Było po herbacie. Żadnych zdjęć i rozmów. Stali i patrzyli na Białoruś.

Za niecałe 3 kilometry duża wieś Chomontowce leżąca około 200 m. od granicy z Białorusią. Mam nadzieję, że spotkam tam miejscowych, z którymi będę mógł porozmawiać. Bo jak na razie z frekwencją ludzką bardzo słabo w tych okolicach. Zatrzymuje się biała furgonetka. Jadę do Chomontowców. Wychodzę na zewnątrz i zapalam papierosa. Jesteśmy w środku wsi. Chłopaki nie odjeżdżają. Zaczynamy rozmawiać.

– Pilnują teraz granicy – mówię – I straż i wojsko tutaj krąży.

– No, niedawno widzieliśmy ciężarówkę wypakowaną po brzegi.

– Migrantami? – pytam.

– Nie, żołnierzami – odpowiada długobrody.

– Podobno bardzo dużo migrantów próbuje teraz przekroczyć granicę – mówię.

– Jak służby nie dadzą rady, to nasi chłopcy z Białegostoku pomogą – mówi krótkowłosy kierowca.

– WOT? – pytam.

– A gdzie tam! Narodowcy! – tłumaczy krótkowłosy.

Żegnamy się życząc sobie wzajemnie powodzenia. Bus odjeżdża, a ja oglądam wieś i zaczynam żałować, że nie pojechałem z nimi do Bobrownik. Chomontowce wyglądają jak wielkie letnisko pełne daczników.

Co oznacza stan wyjątkowy przy granicy z Białorusią

Nie bawię tutaj długo. Na większości posesji mini place zabaw, na których hasają wnuki rdzennych mieszkańców wsi. Wychodzący facet z podwórka zobaczywszy, że grzebię w telefonie powiedział:

– Jak idziesz po nawigacji to wyłącz dane komórkowe, bo przyjdzie ci rachunek po białoruskich stawkach i nie wypłacisz się.

Okolice Usnarza na tydzień przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, zdj.: Janusz Gawryluk

100 metrów dalej na ławeczce siedzi staruszka w chustce, tak charakterystycznej dla mieszkanek tej części Podlasia. Dosiadam się.

– Przychodzą migranci do wsi? – pytam.

– Jość – odpowiada.

Zaintrygowany zamieniam się w słuch, a ona po białorusku opowiada smutną historię o złym pograniczniku, który nie pozwala jej podchodzić do rzeczki, żeby parę razy w roku spotkać się i pogadać z rodzonym bratem, który mieszka za Świsłoczą.

Bobrowniki i okolice

Przed Bobrownikami od strony granicy wolno sunęła w moją stronę biała terenówka SG. Wśród podlasko-białoruskiego pejzażu wyglądała jakby przypadkiem trafiła z hollywoodzkiego filmu, którego akcja toczy się na amerykańsko-meksykańskim pograniczu. Spodobał mi się ten kadr. Wyjąłem z plecaka aparat i zacząłem robić zdjęcia. W końcu podjechali. Zauważyłem powtarzającą się tendencję u funkcjonariuszy SG, mianowicie podjeżdżają, patrzą na ciebie i milczą. Jakby czekali, że ja coś powiem? Ale co ja mam powiedzieć, skoro to oni do mnie podjeżdżają? No i tak patrzymy na siebie.

– Co pan fotografuje?

– Krajobrazy.

– Krajobrazy?

– Piękne są tutaj krajobrazy.

– A skąd pan idzie?

– Z Usnarza Górnego.

– Na piechotę? To, ze 30 km. będzie!

– Tak.

– A dokąd pan idzie?

– Do Bindziugi

– Bindziuga, Bindziuga… – powtarza do siebie pogranicznik – ale to też ze 30 km. będzie?!

– Tak.

– A po co do tej Bindziugi pan idzie?

– Mieszkam tam.

– Aa! To Waldka pewnie pan zna?

– No, my sąsiady przez płot! – mówię.

– Na emeryturę poszedł – mówi pogranicznik.

– A skubany! I nic nie powiedział!

– No to niech wódę stawia!

– Musowo! – mówię i zaczynamy gadać jakbyśmy już razem pili z tuzin razy.

Okolice Usnarza na tydzień przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, zdj.: Janusz Gawryluk

Po naszej pewnie trwającej 15-20 min. intensywnej rozmowie, raczej nie ciekawej dla potencjalnego czytelnika, pogranicznik zwraca się do mnie.

– Ty, to daj dowód, zadzwonię do centrali, żeby już cię nie męczyli na trasie.

Chowam dowód do portfela, który jest również przemoknięty jak ja. Żegnamy się.

Dochodzę do Bobrownik, które kojarzą mi się z przejściem granicznym i dziwię się, bo to jest wieś jak każda inna okoliczna. Cicha, na końcu świata. Dochodzę do mostku i w dole po lewej widać przejście ze szlabanami, które znam z wielokrotnych eskapad na Białoruś. Po prawej niekończący się sznur tirów.

Unijni ministrowie i NATO oskarżają Białoruś o wykorzystanie migrantów, jako broni

Gobiaty. Za nimi dawne przejście graniczne (kolejowe) z wielką metalową konstrukcją w kształcie wrót i napisem MIR. Robiliśmy tam 2 lata temu zdjęcia do filmu, w którym bohater przez zieloną granicę próbował przedostać się na Białoruś. Symboliczną scenografię mieliśmy jak na zamówienie, ale zastanawialiśmy się, czy będzie to wiarygodne, kiedy bohater przekroczy granicę w miejscu naszpikowanym kamerami i elektroniką? Czy nie lepiej jednak wrzucić aktora do jakiegoś bagna? Wówczas odezwał się jeden z pilnujących nas pograniczników:

– Pod latarnią najciemniej. Tydzień temu złapaliśmy tutaj 2 Pakistańczyków, ale komuś na pewno się udało. W tej okolicy to jedyne miejsce, gdzie można na sucho przekroczyć granicę.

Idę dalej. Według mapy powinno być Turowo, ale ono nie istnieje. Gdy dochodzę do Świsłoczan jest już ciemno, ale we wsi zapalone są latarnie. Postanawiam w końcu coś zjeść. Idę do Mostowlan. Mijam obelisk poświęcony Konstantemu Kalinowskiemu, przywódcy powstania styczniowego na Litwie. Noc spędzam pod gołym niebem. Rano idę dalej. Mostowlany-Kolonia to już moja gmina Michałowo. Jedyna gmina w Polsce, gdzie nie płaci się podatków od nieruchomości i gdzie funkcjonuje liceum o profilu disco polo. Kilometr dalej Dublany. Znam tę wieś. Ktoś z rodziny miał tutaj dziadków. Schodzę z głównej drogi, żeby je zobaczyć. Już parę lat temu, kiedy byłem tu pierwszy raz, wyglądały jak opuszczona wieś w czarnobylskiej zonie.

Obóz dla migrantów zmącił spokój polskiej enklawy na Litwie

Dochodzę do swojsko brzmiącej Jałówki, a to dawne królewskie miasto z prawami magdeburskimi nadanymi przez Zygmunta II Augusta w 1545 r. Centrum osadzone jest wokół parku z pomnikiem króla. Po prawej przystanek ze stojącym autobusem PKS NOVA, który odjedzie dopiero jutro, w poniedziałek rano. Cerkiew i sklep spożywczy. Jest niedziela. Godzina 7.30. Tym razem za porządną kawę, której nie piłem od 2 dni, byłbym w stanie oddać 200 zł., które cały czas noszę w kieszeni. Kupię w sklepie paczkę kawy i poproszę sprzedawczynię, żeby zalała mi wrzątkiem. Sklep zamknięty, ale jest szansa, że będzie otwarty. Wywieszka na drzwiach głosi, że w niedzielę (pracującą) jest otwarty od 8.00.

Okolice Usnarza na tydzień przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, zdj.: Janusz Gawryluk

O 7.50 w mój kadr wchodzi starszy mężczyzna w białym rozpinanym na zamek swetrze. Wygląda na potrzebującego. Nie pomyliłem się. Po schodach wchodzi pod drzwi sklepu. Teraz to już pewne, że sklep będzie otwarty. O 7.59 pojawia się kobieta w średnim wieku, okularach i beżowej rozpinanej na guziczki kamizelce. W odległości 50 m. mija mnie i kieruje się do sklepu. Otwiera kłódkę i zdejmuje rygiel zabezpieczający drzwi sklepu. Bingo! Jestem już spokojny. Nawet moje nozdrza oczyma wyobraźni poczuły unoszący się aromat zalanej wrzątkiem kawy. Mężczyzna w potrzebie już wychylał duszkiem browara za sklepem. Najedzony wyjąłem z paczki papierosa.

Odpaliłem i wygodnie oparłem się o balustradę altany. Z prawej strony pojawiła się terenówka SG i toczyła się w moją stronę, ale to już mnie zupełnie nie dziwiło.

– Pan jest Polakiem? – zapytał przez otwarte okno jeden z pograniczników.

– Jestem obywatelem polskim – odpowiadam.

Strażnicy wysiedli z samochodu. Jeden z karabinem w rękach. Podeszli.

– A pokaże pan dowód.

Co oni tacy ostrzy? – myślę. Przecież stan wyjątkowy o którym nikt jeszcze nie wie wprowadzą dopiero za 5 dni. Strażnik bez karabinu wraca do samochodu i sprawdza mnie w bazie. Ten z karabinem stojąc nade mną pyta:

– I co pan tu robi?

– Jem śniadanie – odpowiadam i razem spoglądamy na stół zastawiony puszkami po Żubrze, które ktoś wypił przede mną.

– A co dalej? – pyta.

– Miałem plan dojść do Brzeziny, ale nogi mi wysiadły i chyba będę wracał do domu w Bindziudze.

– A czemu pan nie mówi, że dziennikarz? – odzywa się strażnik z samochodu.

– Dzisiaj bardziej jestem turystą – mówię.

370 ewakuowanych Afgańczyków wystąpiło o status uchodźcy na Ukrainie

Oddają dokumenty, żegnają się i odjeżdżają. Objeżdżają łukiem park i przejeżdżają wolno obok sklepu. Wychodzi sprzedawczyni i mówi:

– Czemu go nie zabraliście?

– Bo to Polak! – odpowiada jeden ze strażników i odjeżdżają.

Biorę plecak i jakoś tak już bez entuzjazmu idę do sklepu.

– Dzień dobry! – mówię.

– Dzień dobry – odpowiada, ale nie chce mi patrzeć w oczy.

Z lodówki wyciągam colę. Z lady biorę parę batonów.

– A czy jest kawa? – pytam.

– Tak. O tam – pokazuje na półkę

– A jak kupię, to czy może mi pani zalać wrzątkiem? – pytam.

– Nie – odpowiada.

Nie chce mi się z tobą gadać… – mówię w myślach, płacę i wychodzę.

Wołodymyr Zełenski zwrócił się do Białorusinów

Robi się słonecznie. Chmury się rozpierzchły. Zapowiada się piękna niedziela. Wchodzę w ulicę Kościelną i kieruję się na Szymki. Jeszcze tylko 15 km. i będę w domu. Rozbrzmiewają dzwony kościelne. Przez ulicę truchtem przebiega ksiądz spiesząc na poranną mszę. Jest sielsko jak w filmie „U pana Boga za piecem”. Opuszczam Jałówkę. Na szosie zaczyna się niewielki ruch. Idę i łapię stopa.

Zatrzymuje się samochód.

– Mogę cię do Juszkowego Grodu podrzucić – mówi kierowca.

– Świetnie! – mówię – to tak jakbym już był w domu.

Okolice Usnarza na tydzień przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, zdj.: Janusz Gawryluk

Jedziemy. Oddalamy się od granicy. To już chyba ostatnia okazja, aby zapytać o sytuację związaną z migrantami.

– I co, są ci migranci, czy tylko tam w Usnarzu co w telewizji pokazują? – pytam.

– Są – odpowiada kierowca.

– Naprawdę?

– Tak. Mam dom w Zaleszanach. Parę dni temu o piątej rano walili do drzwi. Spik inglisz?, spik inglisz? pytali i chcieli tylko telefon, żeby zadzwonić po kogoś kto ich stąd zabierze. Ooo! Zobacz Straż Graniczna na drodze! – kierowca pokazuje palcem.

Na prawym pasie w poprzek stała terenówka SG za nią czarny golf i jeszcze jeden wóz SG. Strażnicy stali z karabinami wycelowanymi w stojącego gościa. Na ziemi leżało twarzami do ziemi trzech mężczyzn, których gdzieś już chyba widziałem.

Janusz Gawryluk/belsat.eu, 28-29 sierpnia 2021 r.

Janusz Gawryluk – podróżnik, dokumentalista i współpracownik Biełsatu. Pomysłodawca i organizator Warszawskiego Festiwalu Kina Białoruskiego „Bulbamovie”. Współautor polsko-białoruskiego projektu multimedialnego „Chronotop”. Absolwent filologii białoruskiej na Uniwersytecie Warszawskim i Laboratorium Reportażu na Wydziale Dziennikarstwa UW.

Wiadomości