Groźby Rosji, oczekiwania Zachodu i nieobliczalna Białoruś: kumulacja wyzwań Zełenskiego

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Wołodymyrowi Zełenskiemu skończył się kredyt zaufania oraz czas na pozorowanie zmian i grę na przeczekanie problemów. Tego lata czarne chmury zaczęły kłębić się jednocześnie na Wschodzie, Zachodzie i wewnątrz Ukrainy. Groźnie powiało też od z północy – od strony Białorusi.

W ukraińskiej polityce tylko pozornie panuje spokój w środku sezonu wakacyjnego. To cisza przed burzą. Szykuje się mocna końcówka wakacji. Prezydent Wołodymyr Zełenski znalazł się bowiem na środku pola bitwy z co najmniej kilkoma, ważnymi frontami wokół siebie. Po pierwsze jeszcze w czerwcu rozpoczął tzw. deoligarchizację. Czyli wojnę z oligarchami. Prezydent złożył do Rady Najwyższej (ukraiński parlament) projekt ustawy o kompleksowej walce z oligarchią. Ma ona ograniczać finansowanie partii przez miliarderów i ich udział w prywatyzacji, oraz rugować wpływy w mediach.

Celem jest eliminacja oligarchów z patologicznych wpływów w ukraińskiej polityce i gospodarce. Brzmi pięknie. Jak agenda kolejnych, ukraińskich rewolucji i spełnienie marzeń o normalności. W ukraińskiej polityce nic nie jest jednak takie proste. Zełenski rzucając hasło wojny z oligarchami spowodował potężny ferment wśród polityków i ich oligarchicznych patronów. Pojawiły się podejrzenia, że chodzi tylko o populistyczne hasła, podbijanie popularności prezydenta, oraz uderzenie w część oligarchów w interesie innych. Po Kijowie krąży hipoteza, że Zełenskiemu chodzi o przedterminowe wybory, póki jeszcze ma stosunkowo wysoką popularność. Zawierucha wewnątrzpolityczna to jednak tylko część kłopotów Zełenskiego. Są i takie, które nadchodzą z zewnątrz.

Ciosy ze Wschodu i Zachodu

Wygrywając wybory w 2019 r. Zełenski i jego ekipa obiecali dwa kluczowe cele: pokój i zmianę jakościową w wewnętrznej polityce. Pokój oznaczał zakończenie wojny w Donbasie, oraz odzyskanie utraconych ziem. Choć co do precyzyjnie określonych szczegółów, co tak naprawdę ma oznaczać koniec wojny to tu już pojawiały się różne interpretacje na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Początkowo zresztą wyglądało na to, że obietnice Zełenskiego spełniają się. Kiedy wracali z Donbasu ukraińscy jeńcy wojenni, a na linii frontu okresowo panował względny spokój. Ostatecznie jednak Rosja utwardziła swoje stanowisko i właściwie zerwała negocjacje. Na przeszkodzie stanęła pandemia i sytuacja na Białorusi (negocjacje pokojowe odbywały się w Mińsku). Przynajmniej takie było najczęściej tłumaczenie ukraińskich dyplomatów.

Putin w artykule o Ukrainie znów łączy Ukraińców i Rosjan w jeden naród

W rzeczywistości Kreml po początkowych nadziejach, że uda się łatwo uzyskać swoje cele na Ukrainie i np. wymusić na nowej władzy Zełenskiego ustępstwa i np. wprowadzić zmiany w ukraińskiej konstytucji dające Donbasowi specjalny status, szybko przekonał się, że nowy prezydent gra na czas i stosuje uniki. Wiosną tego roku Władimir Putin przeprowadził poważny test reakcji Zełenskiego na tradycyjną, rosyjską politykę nacisków i dyplomacji uprawianej za pomocą czołgów. Rosyjska armia pod pozorem ćwiczeń przeprowadziła znaczącą koncentrację sił wzdłuż granicy z Ukrainą, a rosyjska propaganda podgrzewała emocje sugerując zagrożenie inwazją na Ukrainę na pełną skalę. Później były jeszcze napięcia związane z prowokacjami wobec ćwiczących na Morzu Czarnym razem z Ukraińcami okrętów NATO (brytyjskich i holenderskich).

– Rosjanie swoim, siłowym sposobem chcą zmusić Zełenskiego do negocjacji, kłopot w tym, że on się boi je rozpocząć na poważnie, gdyż to by oznaczało konieczność podjęcia jakiejś decyzji wychodzących poza sferę retoryki, a to grozi poważnymi komplikacjami – uważa Mykoła Kniażycki, deputowany opozycyjnej Europejskiej Solidarności.

Te komplikacje to dla Zełenskiego konieczność konkretnego zaprezentowania Ukraińcom planu, jak zamierza odzyskać Donbas i Krym, oraz zdecydowanego ruchu w kierunku integracji ze strukturami zachodnimi. Kijów to robi: współpracuje z UE i NATO, oraz poszczególnymi państwami Zachodu. W niektórych obszarach nawet wzorowo – np. w sferze obronnej.

Zełenski: manewry Sea Breeze pokazują, że nie jesteśmy sami w obliczu agresji Rosji

Ale dla Zełenskiego, którego znaczna część elektoratu jest co najmniej obojętna wobec prozachodniego kursu Ukrainy, a czasem nawet sceptyczna, nie jest jest wygodny powrót do zdecydowanej, prozachodniej retoryki swojego poprzednika. Zełenski raczej bazuje na dwuznaczności i ruchów, które są nieczytelne. Z jednej strony podjął się ataku na symbolizującego rosyjskie wpływy nad Dnieprem oligarchę i magnata medialnego Wiktora Medwedczuka, z drugiej kokietuje od czasu do czasu środowiska prorosyjskie. Robi to głównie za pośrednictwem polityków swojej partii, Sługi Narodu. Nie do końca z własnej winy Zełenski znalazł się ostatnio w potrzasku.

Ze strony sojuszniczych USA doznał upokorzeń. Waszyngton przełożył zaplanowaną na lipiec wizytę Zełenskiego w Białym Domu. Ukraiński prezydent spotka się z Joe Bidenem dopiero pod koniec sierpnia. Ma tam rozmawiać m.in. o Nord Stream 2. Zaanonsowane przez Bidena zielone światło USA dla rosyjsko-niemieckiego projektu gazociągu jest dla Ukrainy gigantycznym ciosem i wyzwaniem. Zełenski mówi wprost, że Nord Stream 2 to zagrożenie i pułapka. Oraz zapowiada walkę z gazociągiem np. z pomocą europejskich sądów. Jasne jest, że z Waszyngtonu będzie musiał przywieźć coś, co sprawi że w dalszej rozgrywce z Putinem będzie miał w talii jakieś karty.

W Waszyngtonie i Berlinie się porozumieli. Ale nie ze wszystkimi

Bo z drugiej, wschodniej strony ma coraz groźniej pomrukującego Putina. I nie chodzi tylko o ostatnią eskalację napięcia na ukraińskich granicach. Putin napisał przecież swój manifest programowy – artykuł w którym powiedział, że „Ukraińcy i Rosjanie to właściwie jeden naród”. Tę przeczącą faktom, groźną tezę powtarza zresztą regularnie na konferencjach prasowych. Już we wrześniu zaczną się manewry Zachód 2021 na Białorusi i w Rosji. To kolejna okazja, by wywierać presję militarną na Ukrainę. Zwłaszcza, że nie ma już złudzeń co do intencji Alaksandra Łukaszenki wobec Ukrainy. O ile przez kilka miesięcy Kijów był dość powściągliwy wobec protestów na Białorusi, to przełamanie nastąpiło po porwaniu Ramana Pratasiewicza z pokładu przejętego samolotu.

Ukraina zaczęła przyłączać się do wymierzonych w Mińsk sankcji. Łukaszenka oczywiście nie pozostał dłużny, i dziś na jednym wydechu wymienia swoich „wrogów”: Zachód, ale i Ukrainę. Sytuację komplikuje jeszcze bardziej tajemnicza śmierć białoruskiego aktywisty Witalija Szyszowa.

Śmierć białoruskiego działacza: ambasada USA apeluje o rzetelne śledztwo

Śledztwo trwa, ale naturalne jest, że podejrzenie o zabójstwo Białorusina padają na tajne służby Łukaszenki. Ta sprawa może się okazać dla administracji Zełenskiego takim samym problemem, jakim było zabójstwo innego Białorusina w Kijowie, dziennikarza Pawła Szeremieta w 2016 r. Ciągnące się latami śledztwo w sprawie Szeremieta wyrosło na wielki problem Petra Poroszenki i ministra spraw wewnętrznych Arsena Awakowa. W końcu stało się jedną z przyczyn niedawnej dymisji Awakowa.

Nie mieć z kim przegrać?

W ostatnich tygodniach Zełenski przeprowadził serię zmian w strukturach siłowych. Odwołany był minister spraw wewnętrznych Awakow, ale i naczelne dowództwo sił zbrojnych: głównodowodzący, szef sztabu, dowódca operacji w Donbasie. Czystki mają wiele przyczyn, takich jak konflikty wewnątrz ekipy rządzącej, ale i mają stwarzać wrażenie, że prezydent zmienia i reformuje.

– To stary patent z karuzelą personalną, kiedy notowania spadają, trzeba kogoś zmienić – tłumaczy Wołodymyr Fesenko, politolog z Kijowa.

Synergia zamiast konfliktów? Nowy naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy

Notowania Zełenskiego są dziś dużo gorsze, niż dwa lata temu. Według przeprowadzanego w czerwcu sondażu Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii działalność prezydenta akceptuje 34, 1 proc. Ukraińców. Nie akceptuje 52 proc. To i tak lepsze wyniki, niż z z końcówki 2020r. Ale kluczowe są inne notowania. Gdyby dziś były wybory, to na Zełenskiego głosowałoby 27,7 proc. (wg. grupy socjologicznej Rejtynh). Na drugiego Poroszenkę tylko 13,4 proc. Nie są to notowania marzeń, ale Zełenski nie ma nadal z kim przegrać.

– W politycznym Kijowie mówi się, że może zdecydować się na przedterminowe wybory prezydenckie, a potem parlamentarne – mówi Kniażycki.

Po to, żeby wykorzystać zwycięstwo w wyborach prezydenckich do windowania popularności partii. Pretekstem do ogłoszenia wyborów prezydenckich przed ustawowym terminem (w 2024 r.) miałoby być równoczesne referendum w sprawie walki z oligarchią. Kilka tygodni temu Zełenski powiedział otwarcie, że jeśli parlament będzie sabotował wprowadzanie ustawy antyoligarchicznej to prezydent zarządzi referendum. Ta wizja przeraża większość ukraińskich polityków, bo zarówno opozycja, jak i partia rządząca nie są gotowe na kampanię wyborczą. Mimo wakacji w Kijowie trwają więc gorączkowe negocjacje w partiach, a instytuty sondażowe mają pełne ręce roboty.

Wiele wyjaśni się po 23 sierpnia. Tego dnia, w święto niepodległości Ukrainy prezydent chce zrobić w Kijowie wielkie show. A potem polecieć do USA, by zatrzeć złe wrażenie i przywieźć coś, co będzie mógł pokazać Ukraińcom jako sukces. Jeśli to nie pomoże w wyjściu z impasu, Ukrainę czeka naprawdę gorąca, polityczna jesień.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora – w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów