Dziennikarz Biełsatu: trafiłem do celi tortur

10 sierpnia w Mińsku zatrzymano dziennikarza kanału Biełsat i członka Niezależnego Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Siarhieja Hierasimowicza. Zatrzymani wtedy na białoruskich ulicach byli przez funkcjonariuszy milicji traktowani wyjątkowo brutalnie.

Tekst pochodzi z e-książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opublikowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przy wsparciu Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy.

Po zatrzymaniu przeszedł piekło – bicie i tortury w niesławnym areszcie przy ul. Akreścina. Po wyjściu na wolność dziennikarz musiał przejść rehabilitację przywracającą sprawność zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Funkcjonariusze początkowo nie wiedzieli, czy jest on aktywistą, czy dziennikarzem. Tym bardziej, że gdy był „przerzucany” z pojazdu do pojazdu, stracił legitymację dziennikarską.

Jego historia była jedną z pierwszych w raporcie dotyczących tortur Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiasna”. Dziennikarz opowiedział o tym, co się wydarzyło, również w wywiadach dla zagranicznych mediów.

Siarhiej Hierasimowicz. Zdj. Spring96.org

Siarhiej Hierasimowicz został zatrzymany przez milicję w centrum Mińska późną nocą, w pobliżu hotelu Jubilejny.

– Szliśmy z innymi dziennikarzami i rozmawialiśmy, samochody na prospekcie zaczęły trąbić, ja podniosłem rękę. Wtedy omonowcy zaczęli krzyczeć: „Chodź tu!”. Podszedłem i zaczął się koszmar. Zaciągnęli mnie do milicyjnej więźniarki, kazali położyć się „mordą do ziemi” i od razu zaczęli okładać pałkami. Miałem chyba najmniej szczęścia ze wszystkich zatrzymanych. Przejechaliśmy jakieś 30 metrów, przerzucili mnie do busa. W nim również siedzieli funkcjonariusze OMON-u i oni też kazali mi położyć się „mordą do ziemi”. Znów mnie bito, a kiedy dotarliśmy do stacji metra Niamiha, trafiłem z powrotem do więźniarki i po raz kolejny zostałem pobity pałkami – wspomina Siarhiej.

Następnie, jak opowiada, został przewieziony do aresztu przy ul. Akreścina, gdzie spędził trzy dni, po czym go wypuszczono „w związku z upłynięciem terminu aresztu”. Przez cały ten czas był regularnie bity i przetrzymywany w nieludzkich warunkach.

OMON na ulicach Mińska. Zdj. Belsat.eu/ Vot-Tak.tv

W areszcie na Akreścina więźniowie byli wpuszczani do środka przez „korytarz chwały” jak się nazywa na Białorusi milicyjną „ścieżkę zdrowia” – wszyscy więźniowie musieli biec wzdłuż rzędu mundurowych bijących ich pałkami. Nie jeden raz…

– Później, kiedy kazali klęczeć przy ścianie z głową na ziemi, jacyś ludzie zaczęli ze mną rozmawiać. Wypytywali o to, dokąd szedłem i o inne bzdury. Przesłuchanie trwało około godziny. Potem kazali mi wstać i biec znowu będąc pochylonym „mordą do podłogi”. Potem znów ustawili nas wzdłuż ściany i kazali rozebrać się do naga. Mieliśmy kucnąć, a oni w tym czasie nas bili. Obok stała lekarka i patrzyła na to wszystko. Uważała, że to zabawne.

Siarhiej opowiada, że po procedurze „przyjęcia” trafił do celi – w sześcioosobowym pomieszczeniu przebywało 21 zatrzymanych.

– Siedzieli ze mną różni ludzie: zwykli demonstranci, lekarze, był też Uładzisław Sakałouski – DJ, który kilka dni przed wyborami na Skwerze Kijowskim włączył piosenkę Wiktora Coja „Pieriemien!”, za co został skazany na 10 dni aresztu. Uładzisław został przeniesiony do nas z izolatki, gdzie spędził pięć dni praktycznie w samej bieliźnie. Nie było w niej nic poza krzesłem przykręconym do podłogi, otworem w podłodze służącym za toaletę i drewnianą pryczą, którą opuszczano tylko na noc, ale nie codziennie. Zdarzyło się, że spał na siedząco… Mówił, że wylewali na podłogę chlor, żeby podrażnić mu oczy. Więc kiedy nas zobaczył, ucieszył się, że w końcu widzi kogokolwiek.

Dwójka dźwiękowców puściła nieprawomyślną piosenkę podczas oficjalnej imprezy. Zdj. Alisa Hanczar/belsat.eu

– Zapadł mi w pamięć jeden straszny moment, kiedy na korytarz wyprowadzili jakąś kobietę, obserwowałem, co się dzieje przez szczelinę w „karmniku”, tak w więzieniu nazywane jest metalowe okienko w drzwiach, przez które podawane jest jedzenie. Nie do końca się zamykał, więc można było wyjrzeć na korytarz. W ten sposób widzieliśmy i słyszeliśmy, jak funkcjonariusze nagrywali ją i krzyczeli, używając wulgaryzmów. Pytali, dlaczego wyszła na protest z plakatem „Nie dla faszyzmu!” i czy w ogóle wie, czym jest faszyzm. Kobieta odpowiedziała przerażonym głosem, że wie, bo jej ojciec był na wojnie. Dodała, że to, co robi milicjant, przedstawiciel organów ścigania, to właśnie jest faszyzm. Więc już wiedzieliśmy, że to nie jest młoda dziewczyna, skoro jej ojciec walczył na wojnie. – „To, co robię to sadyzm, a nie faszyzm, ty śmieciu!” – dosłownie tak krzyczał, bijąc ją przy tym – opowiada dziennikarz.

Siarhiejowi nie mieści się w głowie i nie rozumie, dlaczego w pierwszych dniach po wyborach protestujący i dziennikarze byli tak okrutnie traktowani.

Wybory prezydenckie na Białorusi odbyły się 9 sierpnia 2020 roku. Początek kampanii wyborczej w kraju upłynął pod znakiem zatrzymań i aresztowań opozycyjnych kandydatów i ich zwolenników. W momencie powstawania tego tekstu (koniec października) już trzy miesiące na Białorusi trwały masowe protesty i strajki przeciwko fałszowaniu wyborów prezydenckich. Według oficjalnych danych Łukaszenka, który rządzi na Białorusi od 1994 roku, wygrał, otrzymując ponad 80 procent głosów. Opozycja nie uznaje jednak tych wyników, oskarża władze o fałszowanie wyborów i żąda jego rezygnacji, uwolnienia więźniów politycznych i przeprowadzenia nowych wyborów. Szczególnie tłumne demonstracje odbywają się w niedziele. Biorą w nich udział dziesiątki tysięcy obywateli.

– Jestem dziennikarzem, zajmuję się głównie dziennikarstwem śledczym. Wraz z kolegą, Stanisławem Iwaszkiewiczem, przygotowywaliśmy materiał dotyczący oszustw wyborczych. Kiedy to wszystko się zaczęło, nie mogliśmy nawet sobie wyobrazić, że represje przyjmą tak okrutną formę. Myśleliśmy, że ludzie pokrzyczą, milicja wyjdzie, aby zaprowadzić porządek, w skrajnym przypadku pogonią tych najbardziej porywczych, i na tym się skończy. Nikt nie mógł wiedzieć, że zaczną strzelać i zabijać. W mediach pojawiły się nawet informacje, że aktywiści zostali powieszeni. To potwierdza, że wśród demonstrantów są osoby, które zamordowano.

Dziennikarz Biełsatu: „W areszcie było bicie i bochenek chleba na 13 osób”

Ostatni dzień swojego pobytu na Akreścina Siarhiej spędził w celi o powierzchni 20 metrów kwadratowych gdzie stłoczono 40 osób. Jak mówi, dzięki Bogu, był tam zlew i kran.

– Kilka razy przynosili chleb. Raz przynieśli kaszę gotowaną na wodzie. Była jakaś sina, nie dałem rady tego zjeść. Po trzech dniach zostałem zwolniony, bo upłynął termin oczekiwania na proces – wyjaśnia dziennikarz.

Siarhiej po wyjściu z aresztu zrobił zdjęcia obrażeń i poprosił o pomoc. Jednym z jego psychologów był człowiek, który pracował jako lekarz-wolontariusz we wschodniej Ukrainie, świadczył opiekę psychiatryczną żołnierzom ukraińskiej armii.

W pierwszych dniach protestów pod aresztem na ul. Akreścina oczekiwali bliscy zatrzymanych. Potem okazało się, że za murami więźniowie byli torturowani. Zdj. Belsat.eu

Jak relacjonuje, kilka razy do celi przychodził oficer, najprawdopodobniej kierownik aresztu albo jego zastępca i pytał strażników dlaczego tak bardzo bijecie tych złoczyńców, skoro życie i tak ich już pokarało

– Kiedy odchodził, bili jeszcze mocniej. Zabierali nas na dziedziniec aresztu, kazali klęczeć i krzyczeli:”Koszulki do góry, majtki w dół!”. I wtedy nas bili. Myślę, że uszkodzili mi nerki, kiedy przerzucali mnie między busami i więźniarkami. Oddawałem mocz z krwią.

Nowi zatrzymani byli przywożeni każdej nocy.

– Do tej pory słyszę huk bram otwierających się przed wjeżdżającymi więźniarkami, z których za chwilę zaczną wyrzucać ludzi. Szczególnie mocno bili po północy. Pamiętam, jak ludzie krzyczeli i płakali – kobiety, mężczyźni, nie obchodziło ich to. Bili wszystkich, tak że ludzie popuszczali – dodaje.

Jeden z chłopaków został oskarżony o rzucanie koktajlami Mołotowa. Potem okazało się, że nic takiego nie miało miejsca:

– Kazali mu klęczeć twarzą do drzwi naszej celi. Bili go tak, że krzyczał wręcz nieludzkim głosem. Grozili, że go zgwałcą.

Hierasimowicz został wezwany na przesłuchanie 13 sierpnia w nocy i obiecano mu, że zostanie zwolniony. Około 2 nad ranem wraz z kilkoma innymi osobami został wyprowadzony z celi. Wręczono mu do podpisania aktu oskarżenia i obiecano wypuszczenie. Dziennikarz nie przyznał się do winy, a jedynie napisał, że zapoznał się z treścią.

– Kiedy zabrali nas na dziedziniec więzienia, zdałem sobie sprawę, że ten cały koszmar dopiero się zaczyna. Ludzie leżeli na ziemi wzdłuż ogrodzenia, a funkcjonariusze OMON-u bili ich pałkami i traktowali paralizatorami. Bili z wściekłością aż do utraty przytomności. Ja, szczerze mówiąc, miałem trochę szczęścia, bo jestem dziennikarzem i pobili mnie już wcześniej. Jeden omonowiec powiedział: „Tym tutaj sam się zajmę.”. Podszedł, powalił mnie na ziemię, kilka razy uderzył po tyłku i po nogach, raz potraktował paralizatorem. I to wszystko. W pewnym momencie było niemal zabawnie. Zapytał mnie, ile mam lat, a kiedy usłyszał, że 37 zamyślił się, po czym spytał: „Po co chodzisz na protesty, mając 37 lat?!”

Hierasimowicz jest przekonany, że funkcjonariuszom wbijano do głowy, że protestujący to młodzi narkomani i prostytutki.

Ścieżki zdrowia, krew na podłodze i przepełnione cele. Dziennikarz Biełsatu o 3 dniach spędzonych w areszcie

Dziennikarz stale podkreśla, że w pierwszych dniach protestów w celach było całe mnóstwo przypadkowych osób. Zostali oni zatrzymani przez funkcjonariuszy jadących do aresztu. Nie uczestniczyli ogóle w żadnym proteście, ale na przykład wyszli po papierosy lub na zakupy.

Po pobiciu stracił czucie w nodze. Czuł się tak, jakby wstrzyknięto mu znieczulenie miejscowe. Na jakiś czas okrucieństwa ustały. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że informacje o pobiciach zaczęły się rozchodzić w mediach.

Przez cały ten czas Siarhieja szukała rodzina i jego koledzy. Nie mogli go znaleźć przez trzy dni. Nie było go na żadnych listach. Kiedy termin zatrzymania upłynął i został zwolniony, wolontariusze pomogli mu skontaktować się z rodziną.

– Przez pierwsze dwa tygodnie budziłem się z krwią w ustach. Gryzłem się w język ze strachu i dopiero wtedy się budziłem. Niedawno znowu śniło mi się, że zabrano mnie do celi… Dało się to wytrzymać fizycznie, ale krzyki kobiet, mężczyzn, te wszystkie tortury… To nie do zniesienia, to jak gwałt na mózgu – wspomina Siarhiej.

Hierasimowicz uważa, że świat nie może zapomnieć o tych wydarzeniach:

– Byłem w Polsce w Majdanku, był tam obóz zagłady III Rzeszy. Była tam ekspozycja zrobiona ze stosu butów. Symbolizowały one ludzi, którzy zostali spaleni. Na Akreścina były pudła ze stosami telefonów komórkowych. Prawdopodobnie to będzie dla mnie symbol tego aresztu.

Sąd dzielnicy Kastrycznicki Rajon w Mińsku skazał Hierasimowicza na karę grzywny w wysokości 540 rubli białoruskich (niecałe 800 złotych – przyp. red.). Został skazany za to, że 11 sierpnia wziął udział w proteście. Potem jednak sąd okręgowy unieważnił tę decyzję i wysłał do ponownego rozpatrzenia w sądzie innej dzielnicy.

Rozbierali do naga, kopali w brzuch. Reporterka Biełsatu o torturach w areszcie

Teraz Siarhiej przypomina sobie i analizuje wszystko. Doszedł do wniosku, że mogli go zatrzymać na tak długo z powodu bransoletki z logo firmy sportowej. Była podobna do białych bransoletek protestujących.

Jak opowiada, po aresztowaniu bał się chodzić na protesty. Po zatrzymaniu wyjechał na dwa tygodnie do domku letniskowego. Potem zwróciłem się o pomoc do psychologa. Ponownie poszedł na protest pod koniec sierpnia. Na wypadek zatrzymania nosił ze sobą kilka niezbędnych rzeczy. Wspierali go też bliscy i koledzy. I w ten sposób wrócił do stałego rytmu pracy.

Nazarij Wiwczaryk dla SDP

Wiadomości