„Dostałyśmy bilet w jedną stronę”. Irena Biernacka o uwolnieniu z białoruskiego aresztu

Maria Tiszkowska, Irena Biernacka i Anna Paniszewa na konferencji prasowej po ujawnieniu, że trafiły do Polski. Zdjęcie: belsat.eu

Liderka polskiej mniejszości w Lidzie dopiero na granicy dowiedziała się, że ma opuścić Białoruś. Teraz zastanawia się, jak pomóc wciąż więzionym działaczom Związku Polaków na Białorusi – Andżelice Borys i Andrzejowi Poczobutowi. Z Ireną Biernacką rozmawiał portal znadniemna.pl, organ prasowy ZPB.

Irena Biernacka, członkini Zarządu Głównego Związku Polaków na Białorusi, prezes Oddziału ZPB w Lidzie, została zatrzymana 25 marca pod zarzutem “rehabilitowania nazizmu” i “szerzenia nienawiści na tle narodowościowym”. Trafiła do aresztu wraz z innymi czołowymi działaczami mniejszości polskiej – Andżeliką Borys, Andrzejem Poczobutem, Marią Tiszkowską i Anną Paniszewą. Zarzucane im przestępstwo jest na Białorusi karane 12 latami kolonii karnej.

Dzięki działaniom polskich dyplomatów 25 maja Irena Biernacka, Maria Tiszkowska i Anna Paniszewa zostały zwolnione z aresztu, a następnie wywiezione z Białorusi.

Polskie działaczki zwolniono z białoruskiego aresztu. Są bezpieczne w Polsce

O dwóch miesiącach w areszcie pani Irena opowiadziała portalowi polskiej mniejszości na Białorusi – znadniemna.pl. Polska działaczka do samego końca nie widziała, że ma zostać uwolniona.

– Byłam w prawie zupełnej izolacji informacyjnej. W ogólnych zarysach wiedziałam od córki Weroniki i adwokata, że Polska o nas walczy. Starałam się unikać prowadzenia tak zwanych do niczego niezobowiązujących rozmów ze śledczym, bo interesował się między innymi Iness i Andrzejem Pisalnikami, czyli chciał znać jak najwięcej na temat redaktorów mediów ZPB. Oczywiście unikałam tego typu rozmów, żeby nikomu nie zaszkodzić. Myślałam nawet, że też zostaliście aresztowani – powiedziała w rozmowie z redaktorami znadniemna.pl.

Do aresztowanych Polaków docierały nie wszystkie listy i przesyłki. Nie otrzymały one między innymi listy od prezydenta Andrzeja Dudy, wysłanego z okazji Dnia Polonii i Polaków za Granicą. Pani Irena wspomina, jak dowiedziały się o życzeniach od prezydenta.

– To był 6 maja. W tym dniu spotykał się z nami polski konsul, a śledczy częstował nas czekoladkami i cukierkami ze słowami, że są one od prezydenta Polski. W ten sposób dowiedziałam się, że pan prezydent wie o nas i o nas się martwi. Ten gest stał się dla mnie ogromnym moralnym wsparciem.

Wiceszef MSZ: Polska nigdy nie zostawi rodaków w potrzebie

Irena Biernacka nie planowała opuszczać Białorusi, w areszcie nie miała także paszportu. O tym, że zostanie zmuszona do wyjazdu dowiedziała się, gdy dojeżdżała do granicy. Jak wspomina, 25 maja poinformowano je, że zostaną zwolnione z aresztu, ale miały trafić do aresztu domowego.

– Już w połowie maja wiedziałyśmy, że przedłużono nam termin utrzymywania w areszcie o trzy kolejne miesiące, czyli do 25 sierpnia. Ale w drugą miesięcznicę naszego aresztowania, czyli 25 maja, wyprowadzono mnie z celi i zaprowadzono do jakiegoś naczelnika, który zapoznał mnie z treścią postanowienia o zamianie wobec mnie środka zapobiegawczego z aresztu na pobyt w domu. Pouczył, że nazajutrz mam się stawić na komendzie milicji i zameldować się, że jestem na miejscu i nie ukrywam się przed śledztwem. Musiałam podpisać papier, że z pouczeniem zapoznałam się. Dostałam swój egzemplarz tegoż pouczenia i mam go przy sobie, podobnie jak koleżanki Maria i Anna.

Gdy polskie działaczki wyprowadzono z aresztu, pani Irena bała się, że czeka je najgorsze.

– Nieco później wywołano mnie znowu z celi i wyprowadzono na zewnątrz, gdzie stały trzy busy bez rejestracji. Zamaskowany, ubrany na czarno funkcjonariusz, który mnie wyprowadził, kazał mi wsiadać do jednego z nich. W środku było jeszcze kilku funkcjonariuszy. Pytałam się, dlaczego te busy nie mają rejestracji. Bez odpowiedzi. W pewnym momencie pomyślałam, że przecież mogą mnie zawieźć gdziekolwiek i nikt nie będzie wiedział, co się ze mną stało. Mówiłam do nich nawet, żeby, jeśli muszą, rozstrzelali mnie gdzieś w najbliższym lesie. Ja się tylko pomodlę i będzie po wszystkim. Słyszałam w odpowiedzi: „Niech nas pani nie denerwuje”. Prosiłam wówczas, żeby nie męczyli mnie niewiedzą o moim dalszym losie. Wtedy jeden z nich powiedział: „Niech pani się nie martwi, wszystko z panią będzie dobrze”. Wyjechaliśmy na grodzieńską trasę. Pomyślałam nawet, że wiozą mnie do domu. Ale minęliśmy Lidę. Wówczas zrozumiałam, że jedziemy w kierunku granicy.

Córka uwolnionej Ireny Biernackiej: „Baliśmy się, że będą ich torturować”

Działaczka Związku Polaków podkreśla, że Białoruś opuściła bez paszportu, a na granicy niczego nie podpisywały.

– Na przejściu granicznym dali nam skorzystać z toalety i odwieźli pod szlaban, za którym stał już bus na polskiej rejestracji. Z niego wyszli panowie i zaprosili nas do środka. Tak znalazłyśmy się w Polsce. Ja przyjechałam nawet bez paszportu, bo był u córki w Lidzie. Na granicy niczego nie podpisywałyśmy, żadnych zobowiązań.

Więźniarki polityczne złamały jednak podpisane w areszcie zobowiązanie o nieopuszczaniu miejsca pobytu i meldowaniu się na milicji. To oznacza, że w razie powrotu na Białoruś, ponownie trafią za kraty.

– Wychodzi na to, że dostałyśmy bilet w jedną stronę i nie mamy możliwości powrotu na Białoruś.

Po przekroczeniu granicy kobiety znalazły się pod opieką państwa polskiego. Dopiero po tygodniu MSZ poinformowało, że znajdują się w Polsce. Pani Irena zapewnia, że teraz czuje się bezpieczna.

– Koleżanki Maria i Anna też odżyły i zaczęłyśmy się uśmiechać, więc wszystko powinno być dobrze. Trzeba jakoś żyć dalej. W Polsce przebywa obecnie wielu działaczy ZPB, którzy musieli uciekać z Białorusi. Ale wielu rodaków, potrzebujących wsparcia, wciąż pozostaje na Białorusi. My, Polacy z Białorusi, którzy się znaleźli w Polsce powinniśmy się naradzić, co możemy i powinniśmy zrobić, żeby pomóc naszym rodakom za wschodnią granicą Polski. Bo ich sytuacja wciąż jest niezwykle trudna.

W reżimowym areszcie zostali też prezes Związku Polaków na Białorusi Andżelika Borys i członek zarządu ZPB, grodzieński dziennikarz Andrzej Poczobut, który odmówił opuszczenia kraju.

– Radziłam się z koleżankami i zgodziłyśmy się, że naszym moralnym obowiązkiem jest również zrobienie wszystkiego, co od nas zależy, aby wolność jak najszybciej odzyskali wciąż uwięzieni nasi koledzy z ZPB – zapewniła Irena Biernacka na zakończenie wywiadu dla znadniemna.pl.

Uwolnione działaczki ZPB: “Dziękujemy państwu polskiemu”

pj/belsat.eu wg znadniemna.pl

Wiadomości