Uwolnione działaczki ZPB: „Dziękujemy państwu polskiemu”

Maria Tiszkowska, Irena Biernacka i Anna Paniszewa. Warszawa, 2 czerwca 2021 r. Zdj. belsat.eu

Za zaangażowanie, dzięki któremu możliwe było ich uwolnienie z białoruskiego aresztu Anna Paniszewa, Maria Tiszkowska i Irena Biernacka, trzy działaczki mniejszości polskiej, dziękowały dziś polskim władzom.

– Przed przyjazdem do Polski nie wiedziałyśmy dokąd jedziemy, nie podpisywałyśmy na granicy żadnych dokumentów – powiedziała Irena Biernacka, prezes oddziału Związku Polaków na Białorusi w Lidzie.

Podczas konferencji prasowej w Warszawie relacjonowała, że gdy była aresztowana, do więzienia przyjeżdżał polski konsul i pytał przetrzymywane kobiety, czy byłyby gotowe przyjechać do Polski.

– Oczywiście nam nie chciało się wyjeżdżać, ale jak wyszło tak wyszło, jesteśmy już tu, nie widziałyśmy żadnych dokumentów, nie podpisywałyśmy na granicy, że chcemy wyjechać – opowiadała.

Polskie działaczki zwolniono z białoruskiego aresztu. Są bezpieczne w Polsce

Dodała, że w dniu uwolnienia przedstawiono im do podpisania dokument o zmianie aresztu, nie znały jednak miejsca przeznaczenia.

– „Gdzie nas wieziecie? – Pani zobaczy”. I przywieźli nas na granicę. Mnie przywieźli nawet bez paszportu i tak się tu zjawiłyśmy – mówiła.

Dodała, że jest „wdzięczna stronie polskiej”, dziękowała prezydentowi i Ministerstwu Spraw Zagranicznych.

Córka uwolnionej Ireny Biernackiej: „Baliśmy się, że będą ich torturować”

– Chciałam przekazać podziękowanie państwu polskiemu, które uratowało mnie z więzienia – mówiła Anna Paniszewa, szefowa Forum Polskich Inicjatyw Lokalnych w Brześciu.

Paniszewa, która porusza się o kulach, powiedziała, że wyjście z więzienia uratowało jej zdrowie, bo została poturbowana podczas aresztowania i przez dwa miesiące nikt nie udzielił jej pomocy lekarskiej. Podczas pobytu w więzieniu przechodziła również liczne tortury psychiczne.

– Wielkie podziękowanie dla pana prezydenta Andrzeja Dudy, bo dzięki jego zaangażowaniu i zaangażowaniu służb konsularno-dyplomatycznych my w trójkę mogłyśmy znaleźć się tutaj – powiedziała.

Wiceszef MSZ: Polska nigdy nie zostawi rodaków w potrzebie

Zaznaczyła, że nie może zbyt wiele powiedzieć o okolicznościach uwolnienia, bo na Białorusi toczy się jeszcze sprawa karna. Nie ukrywając poruszenia powiedziała, że oskarżono ją o gloryfikację nazizmu, co było dla niej „okrutnym oskarżeniem”, bo również jej rodzina ucierpiała w tamtym okresie. Paniszewa przyznała, że oskarżali ją prokuratorzy z Brześcia, którzy też należą do mniejszości polskiej.

– Oskarżał mnie prokurator o nazwisku Wołodźko, który miał na imię Andrzej, a jego ojciec – Czesław. Oraz drugi prokurator – Artiom (Artemiusz) Roliński. To osoby polskiego pochodzenia – mówiła.

„To nasi Polacy”. Łukaszenka odpowiada Warszawie

Prezes oddziału ZPB w Wołkowysku Maria Tiszkowska tłumaczyła, że nieludzkie warunki w więzieniu można wytrzymać, bo człowiek wierzy w Boga.

– Naprawdę odczuwałyśmy, że strona polska nie pozostawi nas samych – powiedziała.

Podkreślała, że spędziła dwa miesiące w białoruskim więzieniu pod absurdalnym zarzutem, w który – jak mówiła – nie wierzyli nawet pracownicy więzienia.

– Nienawiść między narodami, między religiami – to było absurdalne – stwierdziła.

Dodała, że ona i pozostałe uwolnione działaczki mniejszości polskiej na Białorusi tęsknią za domem. Wyraziła też nadzieję, iż sprawa szybko się wyjaśni i będą mogły wrócić do domu rodzinnego, choć – jak zaznaczyła – w Polsce również czują się jak w domu.

– Bardzo szkoda, że Polacy na Białorusi są traktowani w taki sposób. Urodziliśmy się Polakami na tej ziemi, uczyliśmy dzieci języka polskiego, pamiętaliśmy o miejscach pamięci narodowej, o żołnierzach, którzy polegli na kresach. Nic złego nie robiliśmy – powiedziała Tiszkowska.

Polska mniejszość na Białorusi zakładnikiem w politycznej grze Łukaszenki

cez/belsat.eu wg PAP, inf. wł.

Wiadomości