Felietony Maksyma Czyhunki Łukaszenka zrozumiał, że nie da się zwalczyć dżumy cholerą


Białoruskie władze nie oczekiwały, że dekret o darmozjadach wywoła taki rezonans. Machinie propagandowej nie udało się nawet znaleźć powodu żeby zdyskredytować protesty.

Białoruski prezydent na początku fali akcji ulicznych zaczął sugerować, że organizatorzy protestów chcą nie tylko „rozhuśtać łódkę”, ale też zaczął się rozkręcać mówiąc, że protestujący chcą „udowodnić nam, że to (Połock Witebsk) nie nasze ziemie, a kogoś innego.”

Wyemitowany w białoruskiej TV reportaż specjalny „Telefon do przyjaciela” – to był już standard oczerniania protestów społecznych. Czego tam nie było: podsłuchy, opozycja, V kolumna, pieniądze zza granicy. Jest jedno ale. Skoro stosunki z Zachodem się polepszają – to kto do cholery finansuje tę V kolumnę? Na to odpowiedź nie padła.

W ogóle problem „darmozjadów”, a przedtem dekret 222 wymierzony w drobnych kupców to przykład jak białoruskie władze w swoim chaotycznym poszukiwaniu wyjścia z coraz gorszej sytuacji tworzą kolejne problemy. Chcą zwalczyć jedną chorobę przy pomocy innych chorób. Co musi skończyć się śmiercią pacjenta.

Dekret 222 miał w założeniu sprawić, by na białoruskich bazarach nie było „barachła” sprowadzanego z Rosji, a żeby „kupować białoruskie”. W Mińsku i większych miastach faktycznie można kupić wszystko z dowolnego kraju. Wystarczy pojechać na prowincję i w państwowych sklepach obywatel ma wybór między telewizorem Horyzont i Horyzont, rowerem Motovelo i Motovelo. No, ale państwowemu handlowi dopiekała bazarowa konkurencja. Władze wymyśliły, że trzeba narzucić obowiązek posiadania certyfikatów na nawet najmniejsze partie towarów sprowadzanych z terenu Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Ten krok zresztą to wymowny przykład jak białoruskie władze traktują sam pomysł integracji gospodarczej z Rosją. Rynek wprawdzie otwieramy, ale niech nie przyjdzie wam do głowy, by coś od naszych szanownych parterów coś sprowadzać. I stało się – bazary opustoszały – a drobni przedsiębiorcy zasili grono „darmozjadów”.  Oczywiście państwowego przemysłu, to nie uratowało, a powiększyło potencjał protestu.

Potem przyszedł kolejny pomysł – opodatkowanie darmozjadów. Faktycznie w założeniu chodziło o zmuszenie osób pracujących w szarej strefie dołożenia na edukację ochronę zdrowia. W sumie dlaczego nie – walka ze szarą strefą jest normalną praktyką w każdym państwie prawa. Tylko wybrane metody zawiodły. Po pierwsze, gdy prawo wymyślano białoruska gospodarka miała się jeszcze relatywnie nieźle. Potem przyszło kolejne spowolnienie, a wiec redukcje. I darmozjadami okazali się nie ci, którzy uchylają się do płacenia podatków, ale bezrobotni, samotne matki itp.

Jednak protesty „darmozjadów”  to tylko wstęp do ogromnej burzy, która może rozszaleć się nad Białorusią. Rok trwa już konflikt gazowy z Rosją i wszystko wskazuje, że Putin Łukaszenkę zwyczajnie „olał”. W końcu on teraz  ustanawia z największymi tego świata nowy porządek i co go obchodzi podskakiwanie jakiegoś Łukaszenki. Co więcej Rosja w chytry sposób robi wszystko, by konflikt miał charakter lokalny. I zamiast tradycyjnie zakręcić kurek z gazem zabrała się za dobijanie białoruskich rafinerii ograniczając dostawy ropy. Naturalnie Białoruś ma rację mówiąc, że skoro wprowadzono wspólny rynek to i warunki muszą być na nim takie same i białoruskie firm powinny płacić tyle za gaz ile rosyjskie czy kazachskie. Ale kto tego by teraz słuchał?

Nie będzie obniżki na gaz i zwiększenia dostaw ropy – Białoruś wpadnie w czarną dziurę. Pytanie czy Łukaszenka zachowa się tak jak w po wyborach w 2010 r. gdy mając w perspektywie radykalną dewaluacje ostro spacyfikował społeczeństwo. Czy na koniec pozwoli ludziom, by sami zadbali o swój los – tak jak to zrobili jak komuniści w Polsce w 1989 r. Łukaszenka jednak zdaje sobie sprawę, że ta liberalizacja skończyła się to dla nich utratą władzy.

Maksym Czyhunka/Biełsat

Inne wpisy
Komentarze