Zbiegły do Polski były agent KGB: „Wydział Bezpieczeństwa Konstytucyjnego zajmuje się wyłącznie śledzeniem opozycji”


Przez 20 lat Siarhiej Wasiljeu z Homla wiódł podwójne życie. Z wykształcenia informatyk, najpierw pracował w kombinacie Miłkawita. Potem kierował ośrodkiem technologii informacyjnych przy Bialoruskim Uniwersytecie Gospodarczo-Ekonomicznym Kooperacji Konsumenckiej. Pełna sukcesów kariera, udana rodzina. I umowa o współpracy z KGB, podpisana jeszcze w 1995 r.

Wśród jego zadań był kontrolowany zakup narkotyków, wykrywanie poborowych, którzy ukrywali się przed wojskiem, obserwacja działaczy opozycji, a w końcu – stworzenie rzekomo niezależnej strony informacyjnej gomelbest.com.

W ubiegłym roku Wasiljeu wyjechał do Szczecina. Już na emigracji zlikwidował stronę, a swojego oficera prowadzącego z KGB postawił wobec faktu, że współpraca została zakończona.

Były agent sam skontaktował się z dziennikarzami Biełsatu i zaproponował spotkanie, aby udzielić pierwszego w swoim życiu wywiadu.

W 1995 wydawało się, że to fajne

– Atmosfera w Homlu w połowie lat 90. była taka jak wszędzie. Na każdym kroku bandyci, kwitł bandytyzm każdego rodzaju. W wieku 20 lat chciałem walczyć z przestępczością i postanowiłem pójść do pracy do milicji. Nie wzięli mnie ze względu na słaby wzrok. Ale przyszedł człowiek i zaproponował współpracę z organami bezpieczeństwa. Wtedy, w 1995 roku miałem w głowie młodzieńczą romantykę, maksymalizm… Wydawało się to fajne. Nie interesowałem się polityką, mało wiedziałem o Łukaszence – byłem zwyczajnym chłopakiem, jakich tysiące. I podpisałem dokument o współpracy pod pseudonimem Simon.

KGB-ista się zaśmiał: – U nas są samy „lwy” i „pantery”, a tu jakiś Simon.

Z pierwszym kuratorem ułożyły się przyjacielskie relacje. Często chodziliśmy na piwo, siedzieliśmy w restauracji hotelu Soż. Czasem do naszego towarzystwa przyłączali się inni KGB-iści. Pili wszyscy strasznie, ale nikt z tego towarzystwa nie wiedział, że jestem agentem. Później kurator wyjaśnił mi zasady: ze współpracownikami kontaktuje się tylko jeden kadrowy pracownik.

Zresztą wiele opowiadał. Np., że każdy „operacyjny” ma obowiązek wykonania planu: musi zwerbować pięciu współpracowników rocznie. Wszystkie podręczniki z zakresu werbunku są radzieckie. A jeszcze w homelskim wydziale KGB jest „kasa” – pula środków na stawianie informatorom i robienie prezentów ważnym ludziom. Spotkania z informatorami odbywają się w hotelu Soż lub Domu Kultury Głuchoniemych – ulubionym miejscu funkcjonariuszy KGB.

Dom Kultury Vipra: miejsce spotkań agenta z funkcjonariuszami KGB. Zdj: GomelStreet.info

Moim pierwszym zadaniem było ujawnienie poborowych, którzy uchylali się od służby w wojsku. Ale chciałem poważniejszej pracy niż wyprawy do komisji wojskowej. Po roku 2000 w Homlu działała szeroka sieć handlu narkotykami i pewnego razu KGB-iści zabrali mnie ze sobą na zatrzymanie kuriera. Dokonałem zakupu kontrolnego: kupiłem narkotyki. Od razu przyjechała grupa specjalna i go zwinęli. Ten chłopak dostał parę lat „chemii” (prac poprawczych), ale głównie dilerzy skończyli źle. Jeden nawet się powiesił. Pieniędzy za to zadanie mi nie dali, wyświadczyłem po prostu przysługę przyjaciołom z KGB.

Potem zmieniono mi oficera prowadzącego, bo mój awansował i zajął się analityką. I przez jakiś czas byłem „firmie” niepotrzebny.

GomelBest.com, czyli „(K)GB”

W 2007 roku Alaksandr Citou, który teraz jest wiceszefem KGB w Homlu osobiście zwrócił się do mnie z prośbą o stworzenie strony internetowej. Szczegółów na temat jej treści nie podał. Wtedy ukończyłem akurat zaocznie uniwersytet w Homlu na wydziale „Zautomatyzowane systemy opracowywania informacji”. Innymi słowy, Citou trafił pod dobry adres. Uruchomiliśmy stronę info-com.info. Istniała parę miesięcy, a potem zrobiłem gomelbest.com. Citowowi spodobało się, że skrócona nazwa brzmiała jak (K)GB.

Na początku strona działała na panelu administracyjnym Joomla, a potem przeniosłem ją na WordPress. Wkrótce zaczęły się zjawiać na niej artykuły o opozycji – o demaskatorskiej treści oraz paszkwile na miejscowych opozycjonistów. Za treść odpowiadali bezpośrednio funkcjonariusze KGB. Myślę, że część artykułów napisał osobiście Citou.

W internetowym archiwum do dziś można znaleźć niektóre materiały z gomelbest.com. Np. przed wyborami parlamentarnymi w 2008 r. opublikowano obraźliwy tekst o homelskim obrońcy praw człowieka Leanidzie Sudalence, który kandydował wówczas w Chojnikach. Potem na tej samej stronie grożono użyciem przemocy fizycznej wobec jego niepełnoletniego dziecka. Sudalenka zawiadomił o tym milicję.

– Bohaterowie tych publikacji od czasu do czasu zwracali się do milicji, żądając wyjaśnienia, kto prowadzi tę stronę. Milicja wykręcała się odpowiedziami w rodzaju, że „nie można ustalić osoby, która zamieściła dane informacje”. Na tym etapie już rozumiałem, z kim się zadaję, ale określiłem sobie cel: dojść do końca, rejestrować każdy krok, aby potem ujawnić jak działa KGB. Strony w rodzaju gomelbest.com działają w całym kraju.

W 2008 r. KGB zawarło ze mną oficjalną umowę. Oczywiście bez żadnych kopii – dano mi do podpisania tylko ostatnią stronę. Niemal cała pensja szła na utrzymanie strony. Pieniądze dostawałem w gotówce, za pokwitowaniem.

 – Lepiej od ciebie nikt tego nie zrobi – mówił mi kolejny prowadzący, wręczając pieniądze. W 2010 po raz pierwszy pomyślałem o emigracji.

KGB poprosiło o podrzucenie narkotyków działaczce opozycji

– Cały wydział bezpieczeństwa konstytucyjnego zajmuje się wyłącznie śledzeniem opozycjonistów. Oprócz pracy ze stroną internetową brałem też udział w różnych akcjach w siedzibie organizacji opozycyjnych przy ul. Poleskiej. Musiałem informować, kto przychodził, o czym dyskutowano. [Franak] Wiaczorka miał wykład o multimediach, a ja siedziałem i słuchałem.
Przełomowy moment nastąpił w r. 2011. Jako współpracownika stanowczo proszono mnie, abym zawarł znajomość z liderem akcji „Rewolucja poprzez serwisy społecznościowe Wiaczasławem Dzijanawem. Co prawda nie wyszło. Musiałem też chodzić na akcje „milczącego protestu”. Po pierwsze, samemu było ciekawie. Po drugie… Jasne, dlaczego.

W Homlu była taka aktywistka Ksenia Jarasłaucawa. KGB-iści bardzo chcieli powstrzymać protesty, zaczęli więc jej grozić, że odbiorą dziecko. Nasyłali na nią organy opiekuńcze z kontrolami.

Jednak to nie zadziałało i kurator zaproponował, żebym podrzucił Kseni narkotyki. Robi się tak, gdy inne metody zastraszenia człowieka nie działają. Ale odmówiłem.

Кsenia Jarasłaucauna. Zdj. z portalu społecznościowego

Skontaktowaliśmy się z Ksenią Jarasłaucauną, która w 2011 r. miała 19 lat. Potwierdziła ona, że zna Wasiljewa z czasów „milczących protestów”. Potwierdziła też fakt gróźb ze strony KGB odnośnie dziecka.

Po wezwaniu na rozmowę do KGB, przyszła komisja ds. niepełnoletnich. Sprawdzała warunki mieszkaniowe, bo rzekomo skarżyli się sąsiedzi” – powiedziała nam była aktywistka. O planie z narkotykami nie mogła wiedzieć.

Z niezależnymi mediami „pracują” w Mińsku

Mój kurator chciał, żebym przeniknął do środowiska dziennikarskiego, abym udawał dziennikarza. Największe zainteresowanie KGB budziła BAŻ – Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Kilka lat temu BAŻ zorganizowała wyjazd na Ukrainę, na szkolenia dla operatorów.

Kurator powiedział: – Siarhiej podejdź do tego poważnie. Jedziesz z zadaniem.

Myślę, że człowiek „z zadaniem” zawsze jest dostawiony do białoruskich dziennikarzy w wyjazdach na różne seminaria i konferencje.

Zresztą niezależne media są traktowane bardzo poważnie, dyrektywy powstają w Mińsku – na najwyższym szczeblu. Wydziałom obwodowym nie wolno podejmować własnych decyzji w tej sferze. To zbyt delikatna sprawa dla KGB.

Najostrzejsze ataki na stronie gomelbest.com dotyczyły właśnie dziennikarzy Biełsatu – jego miejscowych korespondentów.

Pamiętam też, jak kurator przekazał mi starą kamerę – do osobistego użytku. Wcześniej skonfiskowano ją biełsatowcom…

„Podpisałem zobowiązanie do nierozgłaszania, więc na Białorusi oczekuje mnie więzienie”

Oczywiście, że nie uprzedziłem KGB o swoich zamiarach. We wrześniu 2016 roku po prostu wyjechałem razem z rodziną. Wybrałem Polskę, bo mam polskie korzenie. Nie udzielam wywiadu po to, żeby uzyskać azyl. Dzięki polskiemu pochodzeniu mam nadzieję, że w przyszłym roku dostanę obywatelstwo.

Na dwa lata przed wyjazdem zacząłem nagrywać rozmowy z prowadzącym na rejestrator samochodowy. Było strasznie, bo kamera mogła w każdej chwili „zapikać”. Rozumiejąc, że oprócz tych nagrań nie mam dokumentalnego potwierdzenia, poprosiłem ostatniego oficera – Siarhieja Wołkawa – o przekaz pieniężny za pomocą Western Union na rozwój strony. Tu, do Szczecina.

 

Przekaz pieniężny od funkcjonariusza KGB na prowadzenie strony

 

Kiedy go dostałem, od razu odłączyłem stronę. Kurator więcej nie nawiązywał kontaktu. Teraz KGB zrobiło mirror strony gomelbest.com. Nie wiem, kto jest administratorem.

Czy boję się zemsty? Oczywiście, że tak. Do Polski mogą oni nie dotrzeć, ale na Białorusi jednoznacznie czeka mnie więzienie. Podpisałem zobowiązanie do nierozgłaszania, więc złamałem prawo… Chociaż znam chłopaka, którego zamknęli w szpitalu psychiatrycznym, kiedy ujawnił współpracę z KGB.

 

Каciaryna Andrejewa, belsat.eu

Zobacz też
Komentarze