W gazowym impasie. Mińsk i Moskwa nadal nie uzgodniły ceny dostaw


Porozumienia wciąż brak. Rosyjski wicepremier Arkadij Dworkowicz potwierdził, że wciąż nie ma postępu w negocjacjach na temat sposobu rozwiązania rosyjsko-białoruskiego sporu o gaz i ropę. Konflikt trwa już ponad rok.

„Rosja zmniejszyła dostawy na Białoruś. Uważamy to za presję wywieraną na Białoruś. Ale zrozumcie, że nie będę cierpiał presji. I Białorusini też” – grzmiał we wrześniu białoruski przywódca.

Władze w Mińsku podkreślały, że uwzględniając sojusznicze relacje pomiędzy państwami oraz udział Białorusi w Euroazjatyckiej Wspólnocie Gospodarczej cena 142 dolarów za tysiąc metrów sześciennych jest niesprawiedliwa. Przy takiej cenie gazu białoruscy producenci nie mogą konkurować z rosyjskimi na wspólnym rynku.

Czytajcie również:

I miesiąc później wydawało się już, że problem został rozwiązany.

„Udało się nam znaleźć drogę do podpisania odpowiedniego dokumentu i odpowiednie kwestie sprzeczne zostały usunięte” – zapewniał wówczas Aleksander Łukaszenka.

Jednak dosłownie po kilku godzinach wyszło na jaw, że nic nie podpisano, a porozumienia (jeśli nawet były), były tylko ustne. Sytuację wyjaśnił rosyjski premier Dmitrij Miedwiediew:

„Cena gazu dostarczanego na Białoruś pozostaje dotychczasowa i jest rozliczana według obecnej formuły. Żadnej korekty nie ma. Niezbędne jest spłacenie długów, aby wznowić normalne stosunki gospodarcze.”

Po takiej wpadce obie strony nie śpieszą się już z deklaracjami na temat rozwiązania konfliktu. A o ile wg Białorusinów ich zadłużenie wobec Gazpromu wynosi 200 mln dolarów, to zgodnie z rosyjskimi wyliczeniami przekroczyło ono już sumę pół miliarda.

Czytajcie również:

Mimo to pochodzący z Białorusi moskiewski politolog Kirył Koktysz uważa, że konflikt dobiega do logicznego końca:

„Ani Mińsk ani Moskwa nie potrzebują popsutych stosunków. Jest oczywiste, że należy rozwiązać te kwestie, aby spadek białoruskiego importu i spadek cen na nośniki energii nie odbijał się bardzo na życiu białoruskiego społeczeństwa. Bo zapas cierpliwości jest tam znacznie mniejszy niż w Rosji”.

Odpowiedzieć na ograniczenie dostaw ropy, którym „zrewanżowała się” Rosja, Mińsk nie ma czym. A sytuacja gospodarcza będąca wynikiem tego sporu sprawia, że czasem na ulicach stolicy Białorusi można usłyszeć i takie opinie:

„Jesteśmy samodzielnym państwem. Musimy sami się rozwijać, a nie być dodatkiem surowcowym dla Rosji”.

„Mimo wszystko opowiadam się za bardziej europejskim kierunkiem. Ale przecież za rachunki trzeba płacić. Skoro nie płacimy, to my jesteśmy źli”.

Jak na bratnie narody, to retoryka Mińska i Moskwy jest bardzo różna. Tak obecnie Łukaszenka wypowiada się na temat kontekstu konfliktu na Ukrainie:

„Nam nasza niepodległość dostała się zbyt tanio. Wszystkie narody walczyły o niepodległość – dziś walczy nasza bratnia Ukraina”.

A walczy przecież z „bratnią Rosją”, jak wielokrotnie nazywał wcześniej sąsiadkę ze Wschodu ten sam Łukaszenka. A tymczasem w rosyjskiej telewizji, w przerwach pomiędzy doniesieniami o szkodliwości białoruskich podręczników historii, okrutnie kpi się z białoruskiego przywódcy, przedstawiając go jako klienta rosyjskich prostytutek.

Tak właśnie wygląda braterstwo, kiedy chodzi o pół miliarda dolarów.

Stanisłau Iwaszkiewicz, Biełsat

Zobacz też
Komentarze