„Statkiewicz już zajął miejsce w historii swojego kraju”. Komentarz Agnieszki Romaszewskiej


– Nie poprosiwszy nawet słowem o łaskę, nie zgiąwszy karku nawet o centymetr – cierpliwie i świadomie odsiedział i wyszedł – po ponad 4 i pół roku – pisze o białoruskim więźniu politycznym dyrektorka Biełsatu.

Przez ostatnie 5 lat wielu było w Białorusi więźniów politycznych. Wiele też było słychać o nich w Polsce i szerzej w Europie, choć o jednych więcej, a o drugich mniej. Statkiewicz należał do tych, o których, jakoś tak zazwyczaj, słychać było mniej. Czasem ktoś nawet spośrod obrońców szeptał na boku, z mieszanką podziwu, niepokoju i zgorszenia :”Och, to jest taki radykał…” No i spadar Mikoła siedział.

Wychodzili jedni, znów, zamykano innych – a on siedział nadal. Widac było, że to osobista vendetta „Kierownika krainy”. Czasem informacje o złych warunkach w więzieniach przebijały się na Zachód, czasem trwała kolejna kampania, by kogoś uwolnić, jakiś kolejny więzień wykonywal upokarzający występ w telewizji, albo coś podpisywał, ktoś inny wyjeżdżał, ktoś znów decydował się wracać, kogoś nie wypuszczali z więzienia, choć mieli wypuścić, a Statkiewicz siedział…

Było coraz bardziej jasne, że „Kierownikowi” zależy głównie na jednym: żeby go złamać. Żeby wreszcie poprosił o łaskę. Przecież chyba wie, że wtedy wyjdzie…A on nic. Nie prosił.

Na spotkania w różnych dyplomatycznych i „prawoobrończych” kręgach przyjeżdżała jego żona Maryna: zawsze elegancka, łagodna, przyjaźnie usmiechnięta, hodująca koty i czytająca literaturę, ale też twarda jak krzemień… 4,5 roku czekała. Spokojnie, godnie i dzielnie.

Tymczasem polityka rządziła się swoimi prawami. Zwalniani po trochu, po kawałeczku, antyłukaszenkowscy opozycjoniści coraz bardziej tracili kontakt z rzeczywistością, skłóceni między sobą, podejrzewający jeden drugiego i coraz bardziej uzależnieni od wiszenia u zachodnich (a i wschodnich…) klamek. Niemieccy socjaldemokraci, z którymi socjaldemokrata Statkiewicz miał tak dobre kontakty, cenili sobie białoruskiego kolegę, ale jeszcze bardziej cenili – stabilnie grającą w koncercie mocarstw i lekceważącą aspiracje ludów – niemiecką politykę wschodnią.

Potem rosyjska agresja na Ukrainę na tyle wzmocniła wewnętrzną pozycję Aleksandra Łukaszenki, a także jego pozycję wobec zachodu Europy, że przed wyborami zdecydował się poluzować reżim, by w zamian znów, z pozycji pariasa, powrocić na pozycję uznawanego przywódcy jednego z europejskich krajów. Moze wciąż nieco kontrowersyjnego, no ale jednak przyjmowanego – przynajmniej na niektórych, salonach.

Zwolnienie więźniów politycznych stawało sie krokiem nie tyle żądanym co wręcz upragnionym przez Zachod. A Zachód coraz więcej nadziei wiązał z normalizacją stosunków. Trzeba było zwolnić więźniów politycznych, by zamierzone odprężenie osiągnąć.

I tak Statkiewicz wyszedł. Nie poprosiwszy nawet słowem o łaskę, nie zgiąwszy karku nawet o centymetr – cierpliwie i świadomie odsiedział i wyszedł – po ponad 4 i pół roku. Facet, który mówił ludziom wprost – jak jest i co uważa, który odwoływał się do godności i honoru – zachował swój honor. Wiedział przecież, że pójdzie siedzieć i zdecydował sie na to. Jak to bywało już wcześniej, odważył się wziąć odpowiedzialność i świadomie ponieść konsekwencje.

Nie chcę przewidywać, jak potoczy się białoruska polityka, bo od wróżb to są wróżki, a nie dziennikarze i analitycy. Trudno powiedzieć, jak Statkiewicz sprawdzi sie jako polityk w tych szczególnych warunkach, przed którymi stanie na wolności, ale jedno jest pewne – on już zajął miejsce w historii swojego kraju.

I tak na koniec jeszcze jedno: myślę, że dziś Białoruś nie tak potrzebuje zręcznych polityków, co realnych liderów.  

 
Zobacz też
Komentarze