Rosyjski atom: pokojowy, ale bardzo polityczny


Rosja nie podpisała sprawozdania MAEA, ponieważ uznano w nim Sewastopol za terytorium Ukrainy.

Uznanie za podpis?

Przedstawiciele Rosji odmówili podpisania sprawozdania z zeszłorocznej działalności Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ponieważ mały sewastopolski reaktor IR-100, służący do celów naukowych, został w dokumencie zaznaczony jako leżący na terytorium Ukrainy.

Odmowa ta jest oczywiście bardziej związana z rosyjskim nastawieniem na wszystkie sprawy w jakikolwiek sposób dotyczące aneksji Krymu niż z energią atomową. Nie stanowi więc też sama w sobie zerwania ze społecznością międzynarodową w tej dziedzinie, na sposób w jaki robi to od 2005 r. taki kraj jak Iran. Podobne kontrowersje na tle formalnym miały już miejsce w kwietniu zeszłego roku, gdy rosyjski serwis Google Maps postanowił na swoich mapach zaznaczać Krym jako część Rosji. Podobną decyzję podjął wtedy amerykański National Geographic, czym wywołał oburzenie części społeczności międzynarodowej.

Atomowa ekspansja

Jednakże w świetle coraz częściej pojawiających się mniej lub bardziej otwartych pogróżek użycia broni jądrowej ze strony państwa Władimira Putina, decyzja o ekspansji na zachód w dziedzinie energii atomowej wydaje się być niebezpieczna. Na czym więc ona polega?

Jeszcze przed rozpoczęciem konfliktu na wschodzie Ukrainy, Rosja podjęła decyzję o budowie nowej elektrowni atomowej w obwodzie kaliningradzkim, a więc w odległości można rzec prokowacyjnie małej od granic UE. Skąd taki pomysł? Budując elektrownię w tej części Rosji, Kreml chciał przekonać Polskę i Litwę do kupowania energii elektrycznej ze wschodu. Inicjatywa była jednak od początku skazana na porażkę: najbardziej na zachód wysunięta część Rosji jest już w pełni zaopatrzona w elektryczność a kraje ościenne, przede wszystkim Litwa i Polska, nie wyraziły zainteresowania kupnem prądu z przyszłej rosyjskiej elektrowni.

Przyczółek Ostrowiec

Rosja jednak nie wyrzekła się swoich planów ekspansji na zachód w ten wydawałoby się oryginalny sposób. Od 2013 r. budowana jest pierwsza na Białorusi elektrownia atomowa w Ostrowcu. Jak w przypadku tej kaliningradzkiej, która miała się znajdować nad Niemnem, białoruska elektrownia jest budowana dosłownie na granicy z Litwą. Interes Rosji, w 90 procentach finansującej inwestycję, wydaje się niewyraźny. Jak, szczególnie w obecnej sytuacji międzynarodowej, przekonać państwa regionu do zmiany swojej polityki energetycznej.

Odpowiedzią jest ciągle nieprzeprowadzona gruntowna modernizacja sieci przesyłowych w państwach bałtyckich. Pomimo wejścia do Unii Europejskiej, nadal używa się tam linii dostosowanych do przesyłu prądu w standardowym napięciu radzieckim. Przez to właśnie litewska sieć energetyczna jest zintegrowana z obwodem kaliningradzkim i Białorusią, ale już nie jest z Polską. Dlatego też Moskwa stara się namówić Wilno na kupowanie od niej energii elektrycznej.

Słabnąca siła tanich nośników

Decyzja o „przerzuceniu się” kremlowskiej polityki energetycznej na atom może też być uzasadniona pogłębiającym się usamodzielnieniem się Litwy od rosyjskiego gazu. W przeciwieństwie do polskiego portu w Świnoujściu, litewski terminal do odbierania gazu skroplonego w Kłajpedzie jest już gotowy, przez co kraj zmniejszył swoją zależność energetyczną od Rosji.
Ciężko jednak póki co mówić o jakichkolwiek wygranych Rosji. Mimo problemów z integracją Litwy, Łotwy i Estonii do europejskiego systemu energetycznego, bardzo mało prawdopodobne jest to, że kraje te w jakikolwiek sposób będą się chciały integrować się z Rosją, nawet jeśli zostanie im zaproponowany tani prąd z białoruskiej elektrowni atomowej.

Wydaje się jednak, że Władimir Putin wciąż ma na to nadzieję.

Karol Łuczka, belsat.eu/pl

 
Zobacz też
Komentarze