Rosja boi się o bezpieczeństwo swoich wysłanników na Białoruś


Rossielchoznadzor nie wyklucza, że inspektorzy agencji mogą stać się obiektem prowokacji.

Federalna Służba ds. Nadzoru Weterynaryjnego (Rossiechoznadzor) zamierzała przysłać swoich przedstawicieli na Białoruś jeszcze w lutym. Mieli oni sprawdzić białoruskie składy i magazyny w celu ustalenia, z czym było związane gwałtowne zwiększenie eksportu do Rosji z Białorusi cebuli, marchwi, jabłek, kapusty pekińskiej, grzybów i ziemniaków.

Strona rosyjska od dawna podejrzewa, że Białorusini sprowadzają te towary z zagranicy i odsprzedają do Rosji jako własne. W ten sposób zarabiają na nielegalnym reeksporcie zachodniej żywności, która jest objęta embargiem spożywczym w Rosji.

Jednak wizytę inspektorów odłożono na nieokreślony termin – do czasu „ustabilizowania się sytuacji”.

„Taką decyzję Rossielchoznadzor był zmuszony podjąć w związku z istniejącymi obawami szeregu inspektorów dotyczącymi możliwych działań prowokacyjnych ze strony białoruskiej” – otwarcie informuje agencja.

Dwa dni wcześniej na polecenie Aleksandra Łukaszenki białoruskie MSW zaczęło postępowanie przygotowawcze dotyczące działań Rossielchoznadzoru. Zdaniem resortu rosyjska agencja „rozpowszechniała nieprawdziwe informacje mające zdyskredytować białoruskich producentów”.

Akcja MSW była odpowiedzią na głośne oświadczenie Łukaszenki, który tydzień temu zażądał, aby przeciwko przewodniczącemu Rossielchoznadzoru Siergiejowi Dankwertowi wszczęto na Białorusi postępowanie karne – za „wyrządzenie strat państwu”.

Teraz co prawda oficjalni przedstawiciele strony białoruskiej zapewniają rosyjskich kolegów, że nic im na terytorium bratniego państwa nie grozi.

„Białoruś to bezpieczne, cywilizowane państwo. Te obawy są bezpodstawne, czekamy na rosyjskich kolegów. Jesteśmy gotowi pokazać wszystko co ich interesuje i o czym się umawialiśmy” – obiecuje Alaksiej Bahdanau, szef wydziału głównego handlu zagranicznego białoruskiego Ministerstwa Rolnictwa.

Rosjanie wolą jednak dmuchać na zimne. Być może naprawdę obawiają się, że Białorusini urządzą ich inspektorom nie pokazową wycieczkę po magazynach z cebulą, ale dłuższy  pobyt w areszcie śledczym KGB w Mińsku.

Przykładów nie trzeba szukać daleko. W 2013 roku na zaproszenie białoruskiego premiera do Mińska przyjechał dyrektor generalny rosyjskiego koncernu Uralkalij Władysław Baumgaernter. Miał negocjować sporne kwestie z białoruskim przedsiębiorstwem Biełaruśkalij. Już na lotnisku został został aresztowany przez KGB i wsadzony do aresztu.

Postawiono mu zarzuty nadużycia stanowiska służbowego i właśnie…narażenia na straty białoruskiego państwa na straty. Za kratkami, a potem w areszcie domowym spędził kilka miesięcy zanim po cichu białoruskie władze przekazano go stronie rosyjskiej, która szybko umorzyła jego sprawę.

cez, belsat.eu/pl

Czytajcie również:

Zobacz też
Komentarze