Przez Białoruś dookoła świata na rowerze. Bike Jamboree


27 maja w Gdańsku rozpoczęła się rowerowa odyseja. Jej uczestnicy: polscy harcerze i kolarze, a także ich zagraniczni kompani, planują przejechać 35 tysięcy kilometrów, pokonać Kaukaz, Syberię i Kamczatkę, by dotrzeć na zlot w USA, a potem popedałować do domu. Do rowerowej sztafety można się dołączyć na każdym jej etapie. Nasz reporter rozmawiał z Weroniką Szatkowską – liderką prowadzącego przez Białoruś odcinka.

Co czujesz na gorąco po przejechaniu tych trzech krajów?

Fantastycznie, tylko trochę ciężko się odnaleźć w tej polskiej rzeczywistości, zwłaszcza zważywszy na to, że wszystko tam wyglądało inaczej. Cały nasz cykl dnia i wysiłek jest nieporównywalny do miejskiego życia. Wróciliśmy tak naprawdę w piątek i miałam być w Warszawie o 8, ale czekaliśmy 12 godzin na ukraińskiej granicy, jako że właśnie zniesiono wizy.

Czym jest Bike Jamboree?

Jamboree, czyli zlot skautów z całego świata. To jest absolutnie wyjątkowy projekt, który realizuje harcerze ze Związku Harcerstwa Polskiego razem z podróżnikami ze stowarzyszenia Afryka Nowaka. Bez tych doświadczonych osób , harcerzom zdecydowanie trudniej byłoby objechać świat dookoła. A dzięki temu, że wspierają nas ludzie, którzy objechali już Afrykę, możemy zrobić coś zupełnie wyjątkowego. Jeśli chodzi o sam pomysł Rowerowego Jamboree, to wszystko zaczęło się dwa lata wcześniej. Był wtedy taki pomysł, by przejechać z Polski do Japonii, gdzie odbywało się Światowe Jamboree.

Wieziemy ze sobą tubę ze specjalnie wydrukowaną mapą. Tutaj pokazujemy naszą trasę dzieciakom na wycieczce szkolnej

Pojechaliśmy, żeby pokazać, że potrafimy, ale też, żeby dokonać harcerskiego wyczynu – dużą fajną rzecz, umożliwić młodym harcerzom przeżycie czegoś wyjątkowego. I żeby pokazać, że harcerze rzeczywiście potrafi robić rzeczy wyjątkowe. Myślę, że nam wyszło. A potem pojawiła się taka myśl, że warto to powtórzyć – jest kolejne Jamboree w Stanach Zjednoczonych. A w sumie, skoro już do Stanów, to czemu nie dookoła świata? I tak naprawdę, teraz to jest sztafeta z Gdańska do Gdańska, 34 etapy, 2 i pół roku, jakiś niewyobrażalny szmat czasu.

To zdjęcie zrobiliśmy na tysięcznym kilometrze trasy. Jeszcze jakieś 34 tysiące

Dlaczego z Gdańska do Gdańska?

Możliwe, że w Gdańsku odbędzie się Zlot Skautów Świata, czyli Światowe Jamboree, jeśli Polska wygra organizację tego przedsięwzięcia. To nie jest prosta sprawa, bo konkurujemy z Koreą Południową, ale mamy duże szanse. Został już podpisany dokument, w którym przewidujący, że jeżeli Jamboree zostanie przez nas “zdobyte”, to odbędzie się na Wyspie Sobieszewskiej, która jest miejscem wyjątkowym i można tam zorganizować imprezę nawet dla kilkudziesięciu tysięcy osób, które przyjechałyby do Polski z całego świata. Byłoby to też niesamowite dla polskich harcerzy, którzy mieliby możliwość obcowania z ludźmi z tak dalekich miejsc, jak Afryka czy odległa Azja.

Dlaczego, by dotrzeć na Zachód, pojechaliście na wschód?

Po drodze chcemy zahaczyć o konferencję w Azerbejdżanie. Także nasza trasa zaczęła się w Gdańsku, prowadziła przez Polskę, potem przez Białoruś, następnie przez Ukrainę, w Czarnomorsku przerzucamy się do Gruzji, a z Gruzji ruszamy w stronę Azerbejdżanu, gdzie zostanie podjęta decyzja, gdzie odbędzie się Jamboree. Chcemy tam pojechać, pokazać, że jesteśmy przygotowani, że wspiera nas obecny rząd i mieliśmy akredytację poprzedniego. Chcemy pokazać, że jesteśmy też przygotowani pod takim względem podróżniczo-organizacyjnym, że jesteśmy w stanie zrobić coś dużego, na przykład rowerową sztafetę dookoła świata.

To wymagało dużego przygotowania fizycznego i organizacyjnego?

Ogromnego. To jest szalona logistyka, o tyle, że cały czas musimy mieć kontakt z osobami, które jadą. To jest zwykle od 4 do 6 osób i sprzęt, ale sprzęt się cały czas zmienia. Po każdym etapie trzeba zrobić odpowiedni serwis, wymienić na przykład hamulce, czy coś, czego brakuje. Po pierwszym etapie mieliśmy problem, bo brakowało szprychy. Złamały nam się także bagażniki i trzeba było to wszystko wymienić. Sprzęt mamy od sponsorów – to rowery Kross i sakwy Crosso. W zamian po prostu musimy je testować. Są więc ludzie, którzy nam uwierzyli i dali nam bardzo dobry sprzęt. Przez całą podróż używamy tych samych rowerów. Musi więc przetrwać rama, a mam nadzieję, że parę innych części też. To jest super test dla takiego sprzętu, bo pokazuje, co się tak naprawdę się sprawdza.

Co przed wyjazdem wiedziałaś o Białorusi?

O Białorusi czytałam parę książek, rozmawiałam też z Igą – harcerką, uczestniczką tego etapu, która uczy się w szkole z nastolatkami z całej Europy Wschodniej. Białoruś na pewno postrzegałam przez kwestie polityczne, jako kraj autorytarny. To była dla mnie czarna dziura, takie miejsce zagadkowe, o którym mało się mówi.

Bardzo lubię to zdjęcie. Ma w sobie taką esencję białoruskości

Widziałam też, że mają zdrowe jedzenie i piękną naturę. Weszłam na stronę ambasady, gdzie było napisane, że polecają Białoruś ze względu na jej przyrodę, a szczególnie dla polowań, bo mają świetną dziczyznę. Wciąż niewiele mi to mówiło. Zastanawiałam się, jak to może wyglądać w takich realiach wschodnich, na przykład w porównaniu do Ukrainy.

Na ile twoje przypuszczenia się sprawdziły?

Miałam spojler od znajomego, który był tam parę razy na rowerze. Powiedział mi, że pokutujące wyobrażenia o Białorusi, jako o kraju gorzej rozwiniętym, umiarkowanie przyjemnym, nie są w ogóle adekwatne do rzeczywistości.

Białoruś ma, po pierwsze, fantastyczne drogi na rower. Nie ma żadnych dziur, są świetne. Śmialiśmy się, że jeździ się jak po stole. Jest płasko i ta powierzchnia jest naprawdę bardzo bardzo dobra. Nie ma tak dużo samochodów, więc jazda rowerem jest czystą przyjemnością i po drogach głównych, i tych mniejszych. Jechaliśmy główną drogą M10, ale też szutrowymi i polnymi.

Druga sprawa to bardzo dobre jedzenie. A najlepszy jest chleb, który jest z dziesięć razy cięższy niż zwykły polski. Jest przepyszny i zapychaliśmy się nim codziennie. No i wyroby mleczne. Każdego dnia karmiliśmy się owsianką z innymi dodatkami.

Kolejna sprawa, która mnie urzekła, to architektura drewniana. Wszystko tam jest uporządkowane, estetyczne. Budynki są z drewna drewniane, ale bardzo dobrze zadbane i utrzymane, w porównaniu na przykład do Ukrainy, gdzie tej architektury jest też sporo, natomiast nie jest aż w tak dobrym stanie i na pewno nie ma jej tak dużo w małych miasteczkach. Małe białoruskie miasteczka są bardzo estetyczne i naprawdę warte zobaczenia.

A co do natury, to wszystko to było prawdą. Spaliśmy często w namiotach, i prócz tego, że zżerały nas komary i gzy, to było wspaniale. Raz mieliśmy taką dwudziestokilometrową ucieczkę, jakąś szarżę, bo goniło nas stado gzów. Normalnie jechaliśmy 18-19 km/h, a wtedy robiliśmy dwadzieścia parę i nie chcieliśmy się zatrzymywać, bo gdy stawaliśmy, to siadała na nas chmara krwiożerczych owadów.

Co było najtrudniejsze w podróży po Białorusi?

To, gdy okazało się, że nie możemy wjechać na Białoruś. Przyjechaliśmy rowerami na granicę, a wcześniej czytałam i rozmawiałam o tym z różnymi ludźmi. Były takie opinie, że czasem można przejechać przez przejście w Brześciu, a czasem strażnicy się nie zgadzają i trzeba to zaakceptować. Zgłosiłam nawet w ambasadzie, że będziemy przejeżdżać przez granicę na wysokości Brześcia. No i jesteśmy już na granicy, przejeżdżamy przez część polską, tam wszyscy nam machają, cieszą się, że jedziemy, bo jedziemy w koszulkach i z flagą. Stajemy na granicy białoruskiej, pokazujemy, że mamy wizę, mówimy, że złożyliśmy dokumenty w ambasadzie, a pan pogranicznik mówi:

-No nie, no nie przejedziecie. – Myślę: “Kurcze, szkoda” i pytam – A dlaczego?
-Bo ambasada nie jest moim przełożonym. Moi przełożeni są w Służbie Pogranicznej. Pogranicznicy nie kontaktują się z ambasadą, to jest oddzielna sprawa. Wjedźcie sobie jakoś inaczej.

Przewidywałam, że możemy się nie dostać. Cofnęliśmy się 2 kilometry do Terespola. Tam wsiedliśmy w pociąg i przejechaliśmy przez granicę i wtedy już nie było problemu. Przed tym pociągiem zamówiliśmy sobie pizzę w ramach obiadu, a tu okazało się, że pizzy nie można przewozić przez granicę, więc szybko ją musieliśmy zjeść.

Na dworcu w Terespolu

Wróćmy do rowerów. Z jednej strony są specjalne przejścia rowerowe, na przykład w Puszczy Białowieskiej. Z drugiej, w tamtym roku w Mińsku milicja rozgoniła Masę Krytyczną. Mieliście jakieś problemy ze służbami, jako zorganizowani kolarze?

Nie, absolutnie nie. Były nawet takie momenty, że gdzieś się zatrzymywaliśmy i takich ludzi można było się zapytać o drogę. Moim znajomym milicja kiedyś wskazywała nawet miejsce, gdzie mogą rozbić namiot. Nie śledziła nas też żadna “czarna wołga”. Nie mieliśmy żadnych przykrości w związku z tym, że jesteśmy rowerzystami.

A jeśli chodzi o takich zwykłych ludzi, to na pewno z ich strony mieliśmy duże wsparcie. Zapraszali nas często do siebie, nie na noc, ale na przykład na herbatę. Często braliśmy od nich wodę i nigdy nam nikt nic nie odmówił.

A nawet, wręcz zostaliśmy zaproszeni na wielką fetę w sklepie spożywczym. Weszliśmy zrobić zakupy w sklepie, a niespodziewanie zakradła się do nas pani sprzedawczyni i mówi: “A skąd wy jedziecie?  A dokąd jedziecie?”. No i zaczęła się rozmowa. Najpierw wręczyła nam cztery soki, potem stwierdziła, że to chyba jednak za mało i wciągnęła  nas podstępem na zaplecze. Tam dostaliśmy jakieś mięsa, pomidory, ciasta. Skończyło się na tym, że jej mąż pokazywał nam na YouTube, jak śpiewa z córeczką w konkursie karaoke. Tylko pokazywał to bez dźwięku, bo nie miał głośników. My też pokazaliśmy mu naszą stronę, też jakieś filmiki ładne, więc to było super urocze.

Feta w spożywczaku

Jak z językiem? Znaliście białoruski lub rosyjski?

Absolutnie nie, i to było mega fajne doświadczenie. Iga jest pierwszą Polką w Klasyku, szkole, w której mówi się surżykiem, takim białorusko-rosyjsko-polsko-gruzińsko-ukraińskim slangiem. Jest takim eksperymentem. Podłapała też trochę rosyjskiego, więc była takim naszym głównym tłumaczem, ale tak naprawdę każdy coś próbował. Białoruski się tak bardzo od polskiego nie różni, więc wszyscy próbowali coś podłapać tego języka. Ja dużo jeździłam na Ukrainę, miałam kiedyś pół roku lektoratu z rosyjskiego, więc się dogadam.

Z sytuacji, które mnie rozbawiły, to jechała z nami Agata, tegoroczna maturzystka z Bielska. Ona jest bardzo komunikatywna, ale rosyjskiego nigdy się nie uczyła. To było w tym sklepie spożywczym, Agata uczyła się słówek i chciała powiedzieć tym ludziom, że wyśle im kartkę. Myślała jak to powiedzieć: kartka, kartka, pojawiło jej się w głowie słowo “kartoszka” i powiedziała tym ludziom, że wyśle im kartoszkę, czyli ziemniaka. Pani się uśmiała, że dostanie ziemniaka, ale potem wyszło, że chodzi o list i o kartkę. Potem już każdy umiał coś powiedzieć, głównie po rosyjsku. Białorusini niespecjalnie chcieli nawet uczyć nas białoruskiego, białoruskich słówek, chętniej używali rosyjskiego.

Kijów. Koniec II etapu i spotkanie z ukraińskimi skautami

Bike Jamboree to nie jest tylko przejazd z punktu A do punktu B. Tak naprawdę to jest masa fantastycznych spotkań z ludźmi. Każdy ma trochę inne wyobrażenie o tym, co jest głównym celem tego projektu. Dla mnie najważniejsze w nim jest to, że ludzie z dwóch różnych kawałków świata spotykają się ze sobą. Dzięki temu, że tak dziwnie wyglądamy, jedziemy przez świat, wieziemy wspomnienia, historie, ludzie nas zaczepiają, łatwiej się rozmawia i następuje fantastyczna wymiana kulturowa, wymiana myśli. My widzimy, jak oni żyją, oni widzą, jak my żyjemy. To jest taka wzajemna inspiracja. Nie chcę powiedzieć, że my tylko jedziemy i siejemy pokój i miłość na świecie. Chodzi też o to, że nasi harcerze, jadąc na przykład przez Białoruś, zobaczą, że istnieje inny świat. Jest państwo, w którym można być skontrolowanym na granicy i nie wpuszczonym, bo się komuś nie spodobało. To są zupełnie inne realia, w których musimy się odnaleźć. Ale ci ludzie też widzą, że można wziąć swój rower, pojechać 1500 kilometrów, przetrwać i nie zginąć.

Z Weroniką Szatkowską rozmawiał Piotr Jaworski, belsat.eu/pl

Zdjęcia: Bike Jamboree

Zobacz też
Komentarze