Na prezentację polskiego rzemiosła z wyrobami „Made in China?”


– Polacy zabrali swoje rzeczy i zawrócili – tak komentuje nadgraniczny skandal z nieudaną wyprawą na grodzieński Jarmark Kaziukowy tamtejsza Służba Celna.

Do incydentu na polsko-białoruskiej granicy doszło 3 marca – w przeddzień tradycyjnego kiermaszu w Grodnie, którego równie tradycyjnymi gośćmi byli zawsze uczestnicy z Polski. W tym roku ich zabrakło. Dlaczego?

Zgodnie z wersją białoruskich celników, podczas kontroli dwóch mikroautobusów z przyczepą, w których jechali czterej obywatele Polski wyjawiono, że:

(…) obywatel Polski Z. oprócz rzeczy osobistych przewoził wyroby ceramiczne w ilości 720 sztuk oraz zabawki dziecięce – 150 sztuk o łącznej wadze 220 kg. Drugi obywatel Polski – R. oprócz rzeczy osobistych przewoził obrusy i serwetki w ilości 1100 sztuk, o łącznej wadze 300 kg. Dokumentów na przewożony towar u obywateli nie było. Należy zaznaczyć, że znaczna część towaru (450 szt.) posiadała oznaczenia „wyprodukowano w Chinach”.

Polacy wyjaśnili, że jadą na kiermasz rzemieślniczy, gdzie zamierzają sprzedać część rzeczy. Przedstawiciele urzędu celnego wtłumaczyli im, że muszą zadeklarować towar, a zrobić to mogą w trybie uproszczonym oni sami lub Związek Polaków, na którego zaproszenie jechali do Grodna.

– Jednak Polacy postanowili zabrać swoje rzeczy i zawrócić – informuje grupa prasowa Grodzieńskiego Regionalnego Urzędu Celnego.

Z wcześniejszych doniesień wynikało jednak, że wyroby wiezione na kiermasz musiałyby zostać zadeklarowane jako eksponaty wystawiennicze, a więc musiałyby zostać wywiezione z Białorusi dokładnie w takiej samej ilości, w jakiej zostały wwiezione. Dlatego właśnie Polacy zrezygnowali z udziału w kiermaszu.

cez,  Biełsat, www.belsat.eu/pl/

czytaj też >>> Polscy rzemieślnicy zawrócili z granicy

Zobacz też
Komentarze