„Kijowska junta” już niestraszna? Separatyści przez dzień chcieli być częścią Ukrainy


Aleksander Zacharczenko i Igor Płotnicki, liderzy Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, zaproponowali wczoraj zmiany do Konstytucji Ukrainy, w myśl których ich samozwańcze państewka znów stałyby się częścią kraju. Dzisiaj łagodzą już swoje wcześniejsze wypowiedzi, zdążyli jednak wywołać nimi spore zdziwienie.

Integracja według separatystów

Inicjatywa była co najmniej niecodzienna. Wczoraj w ciągu dnia na stronie „Ługańskiego Centrum Informacyjnego”, biura prasowego Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁRL), pojawił się tekst przedstawiający zmiany, proponowane przez separatystów, które miałyby uczynić „niektóre rejony obwodów donieckiego i ługańskiego […] nieodłączną częścią Ukrainy”. Poprawki do konstytucji dawały nawet do zrozumienia, że częścią państwa ukraińskiego jest też Krym i Sewastopol.

Po opublikowaniu tekst został wysłany dla analizy ekspertom mińskiej grupy kontaktowej, zajmującej się uregulowaniem konfliktu w Donbasie.

Jednak poza kilkoma deklaracjami o „nieodłączności”, zmiany faktycznie szły w całkiem innym kierunku. Projekt przewidywał między innymi przyznanie ukraińskim terenom okupowanym jeszcze większych uprawnień, niż te, którymi dysponowała Autonomiczna Republika Krym do momentu aneksji przez Rosję. W swoistym stylu, ukrywając najbardziej znaczące reformy w końcowych paragrafach poszczególnych artykułów, jakby w nadziei na to, że nie zostaną one zauważone, watażkowie proponują zmiany, których Ukraina nie mogłaby zaakceptować.

Republiki miałyby na przykład prawo bez konsultacji z rządem zawierać umowy z innymi państwami (a więc mogłyby też wstąpić do Unii Euroazjatyckiej, flagowym projekcie Władimira Putina). Ukraina nie miałaby zaś prawa wstępować w jakiekolwiek sojusze wojskowe (na przykład do NATO). „Niektóre rejony” mogłyby też same wyznaczać swoich gubernatorów (czyli jedynych przedstawicieli rządu w regionie).

Łagodne baranki, czy wilki w owczej skórze?

Można więc uznać, że wczorajsza propozycja była jedynie próbą pokazania siebie jako stronę koncyliacyjną, która dąży do pokojowego uregulowania konfliktu. DRL i ŁRL stały się nawet na chwilę niemal „ukrofaszystami”, chcącymi powrotu Krymu pod skrzydłą „kijowskiej junty”. Ich liderzy jednak od początku wiedzieli, że najważniejsze proponowane zmiany są dla Kijowa nie do zaakceptowania.

Zabieg ten nabiera jeszcze większego sensu, jeśli spojrzeć na ostatnie działania rebeliantów: zeszłotygodniowy atak na ukraińskie pozycje w Marjince sprawił, że w oczach społeczności międzynarodowej znów wcielili się oni w rolę agresorów nieprzestrzegających porozumień mińskich o zawieszeniu ognia.

W ostatnich dniach także strona ukraińska nie przebierała w słowach. W zeszły czwartek, po odparciu ataku rebeliantów, prezydent Petro Poroszenko kategorycznie odmówił wznowienia jakiejkolwiek współpracy gospodarczej z okupowanymi terytoriami, a za propozycję pójścia w odwrotnym kierunku o mało nie został zwolniony z posady szef administracji państwowej (gubernator) obwodu donieckiego, Ołeksandr Kichtenko. Szef ukraińskiego MSW Arsen Awakow zresztą niewybrednie skomentował jego postawę cytatem z Bułhakowa: zwrócił się do niego słowami „do szeregu, sucze dzieci! Do szeregu!”. W takim kontekście liderzy DNR i ŁNR są istnymi aniołkami.

Deklaracja bez pokrycia

Rebelianci doskonale wykorzystali moment, by przedstawić się w dobrym świetle. Dzisiejsza ich deklaracja, zapowiadająca wycofanie się z projektu, faktycznie potwierdza, że nigdy nie mieli zamiaru z powrotem stać się częścią Ukrainy. Wczorajsza propozycja nie ma też większego znaczenia, ponieważ przesłanie zostało już przez wszystkich odebrane: separatyści chcą pokoju, podczas gdy zacietrzewiona „faszystowska junta” w Kijowie marzy tylko o tym, by ich zniszczyć.

Czego należy się spodziewać w najbliższych dniach? Ciężko wysuwać jednoznaczne hipotezy, ale należy pamiętać o tym, że cokolwiek by się stało, słowa separatystów bardziej służą do osiągnięcia doraźnych celów, niż do zadeklarowania rzeczywistych intencji.

Karol Łuczka, belsat.eu/pl

 
Zobacz też
Komentarze