Jak nie ulec sile rosyjskiej propagandy?

photo

Czym jest rosyjska propaganda, czy można mówić o wojnie informacyjnej, i co powinna zrobić UE, by radzić sobie z nowymi zagrożeniami informacyjnymi, zastanawiali się w Warszawie uczestnicy debaty przeprowadzonej pod patronatem Biełsatu.

Podczas dzisiejszej debaty „Media – Rosja nowe zagrożenia propagandowe” dyskutowali ze sobą medioznawczy i praktycy – dziennikarze.

Podczas pierwszego z paneli „Medialna polityka Rosji – historia i teraźniejszość” Piotr Drzewiecki, medioznawza z UKSW, wezwał do właściwego zdefiniowania problemów związanych z rosyjską wojną propagandową. Zdaniem prof. Grzegorza Łęcickiego, wykładowcy UKSW, a także dziennikarza i publicysty, pojęciem wojny można określić nie tylko działania militarne.

– Są to również działania wrogie wobec społeczności, czy państwa, mające na celu uzależnienie pewnego terytorium. Działania bardziej zakamuflowane – uzależnienie lub wywieranie wpływu. Np. wybór odpowiednich rządzących, działających na rzecz agresora. Wolność wewnętrzna i osobowość jest zagrożona, gdy sztucznie poddamy naszą świadomość pod działanie różnych światopoglądów, czy politycznych opinii. Lepiej żołnierzy przekonać, by nie walczyli, niż strzelać – powiedział.

Zdaniem Wacława Radziwinowicza, byłego korespondenta Gazety Wyborczej w Rosji, nie należy przesadzać ze stosowaniem określenia „wojna”, gdy mamy do czynienia z konfrontacją, czy nawet szkodzeniem innym. Jego zdaniem nie każdy konflikt oznacza wojnę.

– Tołstoj pisał, że wydaje nam się, że teraz posiedliśmy specjalną wiedzę. Carycy Katarzynie piszącej listy do Woltera i rozdającej podarunki zachodnim filozofom oraz jej następcom kupującym całe gazety, do głowy by nie przyszło, że prowadzili wojny. Mamy do czynienia z ostrą konkurencją z Rosją, choć nie tak ostrą, jak w przypadku zimnej wojny – jednak to nie wojna. Ta konkurencja jest prowadzona  metodami podstępnymi i podłymi, ale do wojny daleko – dodał.

Według dyrektora Programu Trzeciego Polskiego Radia Wiktora Świetlika, obecne problemy zarządzania informacją i produktem dziennikarskim wynikają z głębokiego kryzysu cywilizacji zachodniej wynikającego z postmodernistycznego zatarcia pojęć.

– Wojna hybrydowa jest być może  określeniem technicznym, które dobrze opisuje działania Rosjan. Jednak w wymiarze politycznym spowodowało to zatarcie pojęcia. Anschluss Krymu był wypowiedzeniem wojny, a dzięki określeniu „wojna hybrydowa”, konflikt stał się jakby mniej ważną wojną. Dopiero zestrzelenie malezyjskiego boeinga w Donbasie – pokazało, że doszło do realnej wojny. Podobnie jak ze słowem „incydent” używanym do określenia zamachu terrorystycznego – w języku polskim to rozmiękcza pojęcie. Następuje mieszanie prawdziwych definicji z definicjami nieprawdziwymi – powiedział.

Propaganda i kontrpropaganda

Drugim zagadnieniem omawianym podczas debaty była kwestia dezinformacji. Problem opisał na podstawie rosyjskiej reakcji na zestrzelenie malezyjskiego boeinga Wacław Radziwnowicz. Tuż po katastrofie rosyjscy dowódcy przyznali się do zestrzelenia samolotu. Potem jednak w rosyjskich mediach rozpoczęło się mnożenie wersji. Najpierw miał go rzekomo zestrzelić ukraiński samolot, potem podobno dyspozytor lotów zmienił kurs specjalnie, by skierować samolot nad Donbas. Potem, że podrzucono tam inny samolot, zaginiony wcześniej w tajemniczych okolicznościach.

– Chodziło o to, by z tego cokolwiek zostało w głowach ludzi. Byłem w gościach u Rosjanina – dowódcy pułku lotniczego i on mnie pytał, co o tym myślę. Na moje słowa, że to była rakieta BUK i samolot zestrzelono, obraził się na mnie. Uwierzył, że coś tu śmierdzi. To jest genialna metoda stosowana na obszarze rosyjskim. W tej nowej rzeczywistości okazuje się, że w Internecie można znaleźć wszystko, i to dezorientuje użytkownika – stwierdził.

Białoruski medioznawca Pauliuk Bykouski przytoczył wyniki badań nad wskaźnikiem wpływu rosyjskiej propagandy w Rosji, na Białorusi i Ukrainie. Na skali od 1 do 100 Ukraińcy zebrali 25,5 punktu, Białorusini 60,5, a Rosjanie aż 78.  To jego zdaniem pokazuje, w jak dużym stopniu, choć nie całkowicie, białoruskie społeczeństwo wierzy w treści przekazywane w rosyjskich mediach.

Paneliści zastanawiali się też, czy można propagandę zwalczać inną propagandą. Prowadzący debatę prof. Grzegorz Łęcicki przypomniał, że na początku propaganda oznaczała krzewienie wiary. Ten pozytywny wydźwięk zmienił dopiero totalitaryzm. I być może kontrpropaganda może być po prostu nazwana doinformowaniem lub promocją swoich informacji.

Nie zgodził się z nim dziennikarz Gazety Wyborczej – jego zdaniem nie może być dobrej propagandy. Za najskuteczniejszą z nią walkę uznał wnikliwe docieranie do prawdy, jak w przypadku raportu grupy śledczej Bellingcat, która opierając się na informacjach znalezionych w sieci, udowodniała, że  rosyjska armia zestrzeliła malezyjski samolot. Podobną rolę odgrywa w Rosji Aleksiej Nawalny i jego współpracownicy, tropiąc podejrzane interesy rosyjskich urzędników.

Zdaniem Wiktora Świetlika propaganda jest dopuszczalna, gdy chcemy propagować odpowiednie postawy przy pomocy prawdziwych informacji. Np. walczyć z paleniem, pokazując, że jest ono szkodliwe.

Zdaniem Bykouskiego istnieje teoria latanii morskich – nie można zasłonić jednej latarni inną, bo zrobi się od tego jeszcze jaśniej. Według białoruskiego eksperta, zwalczanie telewizji Russia Today przy pomocy propagandy skończy się jeszcze większym chaosem.

Według Radziwinowicza, by zwalczyć rosyjską propagandę dziennikarze zajmujący się Rosją powinni bardzo wnikliwe obserwować to, co dzieje się w Rosji. Polacy, jego zdaniem dzięki narodowym doświadczeniom, łatwiej znajdą klucz do tego, co się tam dzieje.

Unia Europejska bez broni do walki informacyjnej

Podczas drugiego panelu „Wyzwania dla unijnej komunikacji strategicznej” omawiano sposób, w jaki UE powinna reagować na rosyjskie zagrożenia propagandowe.

Natalia Zubar z Centrum Informacyjnego Majdan Monitoring podkreśliła, że przy analizie propagandy nie można pominąć kwestii emocji, a rosyjskie media konsekwentnie się nimi posługują. Ponadto rosyjscy propagandziści narzucają inne od zachodnich normy społeczne: akceptację i normalizację przemocy (w tym domowej), normalizację agresji jako narzędzia rozwiązywania konfliktów i normalizacja nieszczęścia. I, by zwalczać rosyjską propagandę, należy zrozumieć i nauczyć się odbierać emocje używane przez Rosjan.

Aleksandr Klaskouski, komentator polityczny agencji Biełapan i gazety Narodna Wola, podkreślił, że nie należy demonizować Rosji, Putina i rosyjskiej propagandy. Demonizację Rosji widać było np. na przykładzie relacji z manewrów Zapad-2017 r.

– Zachodnie media wręcz udowadniały, że białoruska armia to część rosyjskiej, a przecież doszło do konfliktu. Łukaszenka nie pojechał obserwować manewrów razem z Putinem, bo nie chciał sprawiać wrażenia, że zdaje mu raport.

Jego zdaniem na Białorusi z rosyjską propagandą należy walczyć na dalekich rubieżach – Ukrainie i Białorusi. Klaskouski uważa, że jedynie niezależne media mogą przeciwdziałać rosyjskiej propagandzie. A w wyniku prowadzonej przez UE w stosunku do Białorusi Realpolitik wsparcie dla nich spadło. Ekspert przytoczył też badania zaufania do mediów po wiosennych protestach społecznych – gwałtownie wzrosło zaufanie dla mediów niezależnych, w tym Biełsatu. Spadło wyraźnie zaufanie do państwowych.

Givi Gigitashvili, przygotowujący Georgia Weekely Media Digest – raport dotyczący rosyjskiej propagandy w Gruzji – zwrócił uwagę, że badający tzw. fakenewsy Stratcom Task Force EU kieruje swój przekaz wcale nie na odbiorców rosyjskiej propagandy. Rosjanie tymczasem wydają znacznie więcej na swoją propagandę, niż EU na kontrpropagandę. W Gruzji np. kierują ją w stronę mniejszości narodowych.

Aleksandra Jacyk, Rosjanka pracująca w Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, zwróciła uwagę, że z jej badań wynika, iż w Narwie na pograniczu rosyjsko-estońskim, gdzie mieszka 96 proc. Rosjan, ludzie oglądają rosyjskie stacje TV, bo bardziej się im podoba jakość programów. Przypomniała, że w czasach Janukowicza w Sewastopolu na Krymie organizowane były wielkie nacjonalistyczne pokazy w duchu przynależności miasta do Rosji i rosyjskiego imperializmu. Ekspertka podkreśliła też role lokalnych agentów rosyjskiej propagandy np. cerkwi. Przy czym nie dotyczy to jedynie cerkwi moskiewskiego patriarchatu, ale też gruzińskiego kościoła propagującego konserwatyzm bliski kremlowskiemu. Podobnie wygląda to w wielu krajach, gdzie konserwatywne partie pośrednio wspierają treści bliskie Kremlowi.

Jerzy Haszczyński z Rzeczpospolitej wykazał pesymizm co do możliwości zwalczenia rosyjskiej propagandy w demokratycznej UE. Jego zdaniem Wspólnota nie jest gotowa, by przeznaczyć takie fundusze na stworzenie mediów, które będą jakością dorównywać rosyjskim.

Adam Lelonek z Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji twierdzi, że działania Zachodu ograniczają się na razie do powołania dwóch instytucji: Eastrstracom Taskforce w Brukseli i Stratcom NATO w Rydze. Jednak media poszczególnych krajów ignorują raporty przygotowywane przez te instytucje.  Jego zdaniem powinno się wprowadzić zajęcia interpretacji informacji już od poziomu przedszkolnego. Lelonek uważa, że skala zagrożeń rośnie, a brakuje kadr badawczych.

– Efekt jest taki, że w USA raporty o rosyjskim wpływie na wybory powstały dopiero po roku. I my dopiero się uczymy to, co Rosjanie robią od wielu lat. Potrzebny jest model adaptacji wiedzy eksperckiej do machiny państwa – dodał.

Prowadząca panel Agnieszka Romaszewska-Guzy podkreśliła, że UE nie jest pewna, czy w ogóle ma zwalczać rosyjskie wpływ informacyjne poza jej granicami. Jej zdaniem, nie można też mówić o rosyjskiej propagandzie, ale o wpływie, gdyż Rosjanom często chodzi o działania dezintegracyjne, a nie promowanie konkretnej wizji ideologicznej. Dyrektor Biełsatu uważa, że walczyć z rosyjskimi wpływami nie można bez używania emocji, jednak przekaz musi bezwzględnie trzymać się prawdy materialnej. Nie zgodziła się z tezą, że konserwatyzm automatycznie oznacza sprzyjanie Kremlowi. Także w jej opinii edukacja medialna jest konieczna, gdyż fundamentalnie zmieniły się sposoby komunikacji międzyludzkiej.

Adam Lelonek, analizując rozróżnienia między propagandą a wpływem, odniósł się do faktu, że rosyjscy propagandziści dostosowują się do lokalnych uwarunkowań.

– Infoagresor pracuje z takimi tematami, jakie ma do dyspozycji. W Polsce inaczej niż we Francji nie budują pozytywnego obrazu Rosji, ale wykorzystują sentymenty antyukraińskie – dodał.

Jako pozytywny przykład przeciwstawienia się Rosjanom podał wybory w Niemczech, gdzie próby wykorzystania maili skradzionych z serwerów Bundestagu zostały zablokowane przez służby specjalne. Te wykorzystały bowiem doświadczenia amerykańskie.

Aleksandra Jacyk przytoczyła też ciekawe przypadki, gdy rosyjskie prowokacje skierowane do rosyjskojęzycznej mniejszości nie zadziałały . Stało się tak w Narwie, gdzie miejscowi Rosjanie są przywiązani do swojej władzy lokalnej. Podobnie, jej zdaniem, stało się w Charkowie, gdzie separatystom nie udało się przejąć władzy. Zdaniem Zubar, w tym drugim przypadku zadział też fakt, że mieszkańcy miasta przestraszyli się przemocy, jaka pojawiła się wraz z przyjściem prorosyjskich bojówek. Zuber wezwała do potraktowania poważnie pojęcia „bezpieczeństwa poznawczego”, zagrożonego przez rosyjską propagandę.

– Rozmawiamy o bezpieczeństwie poznawczym — to też kwestia odpowiednich narzędzi polityki – Rosjanie mają to narzędzie, a UE go nie ma- posumowała Agnieszka Romaszewska.

Podczas konferencji uczestnicy mogli obejrzeć wystawę przygotowaną z okazji 10-lecia Biełsatu.

Organizatorem konferencji jest Fundacja Wolność i Demokracja. Projekt jest realizowany w ramach konkursu MSZ Dyplomacja Publiczna 2017, we współpracy z Instytutem Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa Wydziału Teologicznego UKSW, pod medialnym patronatem Telewizji Biełsat i przy współpracy medialnej Polskiej Agencji Prasowej oraz Radiowej Trójki.

jb, belsat.eu

Zobacz też
Komentarze