Honoraria „chłopców do bicia”. Ile zarabiają zagraniczni uczestnicy propagandowych talk-show w Rosji?

Wideo

– Niektórzy przyjeżdżają na nagrania jak do pracy – sugeruje moskiewska prasa. I to do pracy nieźle opłacanej: często odgrywają tam rolę dyżurnych wrogów i ponoszą wszelkie tego konsekwencje.

Niektórzy eksperci biorący udział w popularnych politycznych talk-show emitowanych w federalnych stacjach telewizyjnych nie otrzymują za to pieniędzy – przyznają autorzy publikacji na portalu mk.ru, którzy zajęli się wyjaśnieniem tej kwestii. Jest jednak kategoria zagranicznych „gwiazd”, których gaże zbliżają się nawet do miliona rubli (ok. 60 tys. zł) miesięcznie.

Jak np. Michael Bohm, mieszkający od ponad 20 lat w Rosji Amerykanin, którego nawet Wikipedia opisuje jako „znanego w Rosji dziennikarza, zapraszanego na liczne polityczne talk-show”. Ma on zarabiać od 500 do 700 tys. rubli miesięcznie. Podobnie jak inny stały gość moskiewskich telewizji – ukraiński politolog Wiaczesław Kowtun.

– Dla niektórych to praca. Ukraińcy nie przychodzą bez zapłaty – twierdzi informator wydania.

W gronie tym wymieniono też jednego Polaka – Jakuba Korejbę, który za swoje polemiki z prowadzącymi programy oraz rosyjskimi adwersarzami na antenie moskiewskich kanałów TV ma co prawda uzyskiwać niższe miesięczne dochody – nie przekraczające pół miliona rubli miesięcznie. Ma to wynikać z faktu, że Korejba dość rzadko bywa w Moskwie.

Za te wysokie stawki zagraniczni goście muszą jednak często sami płacić wysoką cenę. Zazwyczaj bowiem w propagandowych programach przypada im rola „chłopców do bicia”. I zdarza się nawet, że w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Wspomniany już Amerykanin Michael Bohm niedawno został zaatakowany podczas programu „Wriemia pokażet” Artioma Szejnina.

Ze słowami: – Co ty mnie prowokujesz, mój przyjacielu?! Kazałem ci przecież siedzieć! – na swojego gościa rzucił się sam gospodarz talk-show:

W innym odcinku tego samego programu napadnięto na Wiaczesława Kowtuna. Napastnikiem był również zaproszony do studia premier tzw. Donieckiej Republiki Ludowej Aleksander Borodaj. Wtedy Szejnin co prawda przeprosił za incydent, ale wytłumaczył zajście faktem, że gość z Ukrainy opowiadał „paranoiczne brednie”.

Wcześniej Kowtuna zaatakowano na antenie innego talk-show, nadawanego przez TV Zwiezda. Tam z kolei skoczył do niego z pięściami pochodzący z Ukrainy telewizyjny dziennikarz Jurij Kot, który po obaleniu prezydenta Janukowycza uciekł do Rosji.

Do rękoczynów w studiu dochodziło też z udziałem mieszkającego w Moskwie polskiego narodowca Tomasza Maciejczuka, który podobnie jak Jakub Korejba odgrywa w rosyjskich mediach rolę „dyżurnego Polaka” i jest tam przedstawiany jako dziennikarz i politolog.

Latem ub.r., w programie „Prawo Gołosa” telewizji TVC oznajmił on, że „Ukraińcy chcą żyć jak normalni ludzie, a nie w g…e jak wy, Rosjanie”. Nie zdzierżyli tego inni goście programu, a nawet sam prowadzący:

Wiosną tego roku w programie „Miesto Wstrieczi” emitowanym przez telewizję NTV Maciejczuk porównał faszyzm do komunizmu. Nie spodobało się to zaproszonemu do studia redaktorowi naczelnemu wydania PolitRussia Rusłanowi Ostaszce. Rosjanin zagroził Polakowi, że za kolejne takie porównanie po prostu „da mu po mordzie”.

Kiedy w odpowiedzi usłyszał wypowiedziane głośno i wyraźnie „Wasi dziadkowie to czerwoni faszyści”, skoczył w stronę swojego oponenta i użył prawego sierpowego. Bijatykę przerwała ochrona, a Maciejczuk dostał od rosyjskiej telewizji odszkodowanie w wysokości 50 tys. rubli.

To z kolei sprowokowało całą falę komentarzy w Internecie, których autorzy zastanawiali się, czy takie skandale, które regularnie odbywają się na antenie propagandowych talk-show, mają spontaniczny charakter, czy też aby ta eskalacja agresji nie jest zaaranżowana – w celu uatrakcyjnienia programów poprzez możliwość sięgania po „mocniejsze argumenty” w politycznych dyskusjach z zagranicznymi gośćmi.

cez/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze