„Gdyby nie dziennikarze, nasze flaki nawinęliby na gąsienice czołgów”


O Ormianach, ich pokojowej rewolucji i jej wodzach opowiada Siarhiej Pielasa, który przez 10 dni relacjonował wydarzenia w Armenii. Ekipa Biełsatu uwieczniła zmianę władzy w Erywaniu w swoim filmie dokumentalnym i licznych materiałach telewizyjnych.

– Dopiero co wróciłeś z Armenii, gdzie spędziłeś ponad tydzień kręcąc wielki reportaż o „aksamitnej rewolucji”. Jakie są twoje główne wrażenia? Czym zdziwili cię Ormianie?

– Pracowaliśmy 10 dni. Nie tylko w epicentrum rewolucji, ale też jeździliśmy po różnych wsiach, które też biorą udział w rewolucji. Bohaterem naszego reportażu jest m.in. pochodzący ze wsi politolog, który został pierwszym opozycyjnym wójtem. To znaczy, w Armenii jest człowiek, który samodzielnie zorganizował rewolucję w swojej odciętej od świata wsi. On obserwuje przemiany z boku, daje przykład i motywuje: doganiajcie mnie.

Byliśmy w drugim co do wielkości mieście – Giumri. To tam zaczęły się protesty. To tam jest też największe bezrobocie. Paradoksalnie, oni nawet z niezakończonej rewolucji, z nieosiągniętego zwycięstwa, zrobili karnawał. Tańczą na dachach jakichś starych Wołg, skaczą, śpiewają, grają na bębnach, świętują. Prawie nie było tam alkoholu, widzieliśmy go tylko jeden raz [dla mieszkańców krajów postsowieckich symbolem Armenii jest koniak Ararat – przyp. Biełsat].

Szampana Ormianie pili dopiero po wybraniu Paszyniana na premiera

– Czyli rzeczywiście była to rewolucja miłości i uśmiechu.

– Nie ma jednej nazwy, jak w przypadku pomarańczowej rewolucji [na Ukrainie] i rewolucji róż [w Gruzji]. Ale można ją nazwać rewolucją uśmiechu i miłości. To bardzo pozytywni i przyjaźni ludzie. Ormianie są zazwyczaj przyjacielscy, a jeszcze opanowała ich atmosfera entuzjazmu. W ostatnich dniach przez zwycięstwem, zaczęto ją nazywać białą rewolucją. Czystą, bezkrwawą rewolucją.

– Jakie było podejście do dziennikarzy? Bo wiemy, że podczas protestów stosunek wobec dziennikarzy bywał różny. Czego wy doświadczyliście?

– Zagranicznych dziennikarzy było dosyć mało. Przy czym dziennikarzy Biełsatu nazywali „zachodnimi dziennikarzami”. W odróżnieniu od rosyjskich i chińskich. Ormianie bardzo doceniali to, że do nich przyjechaliśmy i pokazujemy to, co się tam dzieje.

Usłyszałem nawet taką opinię, z którą nie jestem do końca zgodny, ale wypowiedział ją bardzo mądry człowiek, reżyser filmowy: „Gdyby nie tacy jak wy, nasze kiszki nawinęliby na gąsienice czołgów”. Bo czołgi rzeczywiście bywały już na placach Erywania – tam co kilka lat dochodziło do masowych protestów. I to, że świat patrzył władzom na ręce, zapewniło pokojowy i łagodny obrót spraw.

– Jakie są twoje osobiste wrażenia o liderze rewolucji Nikolu Paszynianie, który stał się człowiekiem znanym na całym świecie? Jak on wygląda na co dzień? Bo miałeś możliwość z nim porozmawiać.

– Spotkałem się z nim dwa czy trzy razy, krótko, bo cały czas był bardzo zajęty. Planowaliśmy nagrać wywiad z nim i okupowaliśmy jego gabinet w parlamencie. Czekaliśmy przez jakieś półtorej godziny, a nasze nadzieje z czasem gasły. Bo tego dnia miał naradę z republikanami [deputowanymi Republikańskiej Partii Armenii – przyp. belsat.eu]. Dość trudna, psychologiczna. Przywitałem się z nim, uścisnąłem rękę, wymieniliśmy kilka słów. Był szczęśliwy, że przyszliśmy z nim rozmawiać, ale nie miał czasu nawet na krótki komentarz. Potem nagraliśmy, jak prowadził stream dla Internetu.

Co ciekawe, to były dziennikarz, były redaktor jednej z wielkich gazet, i ten człowiek sam dba o swój PR. Stream w mediach społecznościowych jest jego głównym kanałem komunikacji. Zarówno gdy był Nikolem w czapce z daszkiem i koszulce w kamuflażu, i teraz, gdy jest w garniturze premiera z ochroniarzami, on ciągle prowadzi streamy. Bierze swój smartfon na selfiesticku i robi stream. Oglądają to dziesiątki tysięcy osób, wszyscy równocześnie komentują. I właśnie to nagraliśmy. Byliśmy jedynymi dziennikarzami, którzy uchwycili ten moment. Wokół nie było nikogo, oprócz stróżów nocnych. To szczery człowiek, to się czuje.

Siarhiej Pielasa i Nikol Paszynian

Jest dość ciepły, kontaktowy. Człowiek, który ma rodzinę, co nie jest bez znaczenia, bo nie u każdego lidera państwa postsowieckiego jest wszystko w porządku z rodziną. Nie na darmo mówią, że jeśli w rodzinie jest porządek, będzie porządek i w państwie. A u niego jest tak: czwórka dzieci, jego żona też jest dziennikarką, cały czas jest z nim na scenie. Gdy go aresztowali, to może nie była jednym z liderów, ale była na czele, jako jedna z tych, którzy kierują protestem.

Dlatego robi wrażenie takiego człowieka naprawdę bliskiego ludziom, mądrego. I według wschodniego sensu sprytnego, a teraz będzie musiał lawirować.

– Czy to człowiek, dziennikarz, który nie ma mocnego doświadczenia na kierowniczych posadach? Przecież był deputowanym. Ale być premierem to zupełnie inna sprawa. Co o nim sądzisz po rozmowie z ekspertami? Jaka teraz będzie Armenia? Wiadomo, nie mogą się w pełni wyrwać z pazurów Moskwy. Ale czy będzie dominować zwrot na Europę?

– Widziałem tam flagi UE. Nie podczas demonstracji. To nie był Euromajdan na Ukrainie, którego główną przyczyną było niepodpisanie umowy z Unią Europejską. Co ciekawe, Armenia w tym samym czasie planowała podpisać porozumienie z UE. I Janukowycz, i Sarkisjan zrezygnowali pod presją Putina. W Erywaniu nawet protestowało kilkaset osób. My, oczywiście, nie bardzo o tym pamiętamy. Teraz, wiadomo, prozachodnia nowa retoryka Paszyniana musi być złagodzona. Ważniejsze są dla nich problemy wewnętrzne.

– Prawdziwe problemy ludzi.

– Tak, rozkradanie majątku państwa, potworna korupcja, niesprawiedliwość społeczna i bieda. To główne przyczyny rewolucji. Ludzie strasznie się oburzyli: ile jeszcze można nas okradać? Skończcie z tym! Chcemy rządów prawa, pozbycia się korupcji, chcemy szczerych, nieskalanych ludzi. To najważniejsze. Dlatego te sprawy związane z integracją z Rosją, bezpieczeństwem, stosunkami z Zachodem myślę, że zostaną odłożone w czasie. Nie będą teraz poszukiwać radykalnych rozwiązań tych problemów. Myślę, że będą powoli dryfować w stronę Zachodu, ale poprzez to, że powoli będą wprowadzać w życie społeczne i polityczne zachodnie wartości. Otwartość, demokrację, wolność słowa i tak dalej. To, czego brakowało Armenii w ostatnich latach.

– Możesz porównać, jaka była Armenia wcześniej, bo trzy lata temu kręciliście reportaż „Armenia. Próba gniewu”. Jaka jest Armenia teraz? Co według ciebie zmieniło się przez ten czas?

– Trzeba pamiętać o tym, że Armenia i tak była najbardziej demokratycznym państwem z tych, które „gotują się w jednym kotle”. Chodzi mi o Rosję, Białoruś, Kazachstan i szereg państw Kaukazu i Azji Centralnej, w tym Armenię. Ona i tak jest spośród nich najbardziej demokratyczna. To dzięki temu, że w parlamencie jest opozycja, i to cała frakcja. Plus kilka frakcji, które wahały się i ostatecznie przeszły na stronę Paszyniana. To istotne. Ważne jest też to, że działają tam dziesiątki mediów, w tym telewizje. Tak, to mogą być nie do końca wolne, niezależne kanały, ale to prywatne telewizje proponujące różne punkty widzenia.

Podobnie jak na Ukrainie, istnieje tam szereg mediów internetowych. Armenia była więc już na starcie bardziej wolna niż Białoruś – tam można znacznie więcej. Zobaczcie, jak łagodnie przeszły protesty, jak reagowała policja.

U nas jest to niemożliwe. Wyobraźcie sobie, że jedną z pierwszych decyzji Paszyniana było wyznaczenie szefa erywańskiej policji Walerija Osipjana naczelnikiem policji całej Armenii. To znaczy, że człowiek, który jako polowy dowódca kierował powstrzymywaniem protestów, będzie za Paszyniana dowodził całą policją w państwie.

– Decyzje dotyczące policji i służb bezpieczeństwa były jednymi z pierwszych postanowień Paszyniana. Ale ta rewolucja stworzyła wielką liczbę rzeczy, które pozostaną wszystkim w pamięci. To muzyka i różne przedmioty. To się nazywa marketing rewolucji. Powiedz, jak to się odbywało, kto to wymyślił?

– Jednym z głównych symboli było ormiańskie hasło „Duxov” („Duchow”). Zapis graficzny wymyślił jeden z ormiańskich grafików-designerów, a to rusycyzm oznaczający „z duchem”, „odważnie”. Początkowo nie podobało się to dość dużej części Ormian, przez to, że jest to rusycyzm. Mówili: Dlaczego mamy występować pod jakimś rosyjskim hasłem? Ciekawe jest też to, że wybrano taką dziwną czcionkę. Bardzo stylową i podobną do zapisu z kardiogramu, co pokazuje, że to bicie serca. I jeszcze znany od czasów Churchilla gest wiktorii, którego przez cały czas używają. I oczywiście wizerunek Nikola Paszyniana.

– Wydaje mi się, że można go zewnętrznie porównać do popkulturowego Che Guevary.

– W pewnym sensie tak. Zobaczcie, z czego składa się image wodza rewolucji – to bejsbolówka, właśnie z tym napisem. Nosi je czarne, czerwone, białe. Ta broda, która wyrosła mu w czasie miesiąca, gdy najpierw maszerował przez Armenię, a potem w Erywaniu. I ta koszulka w moro, górskie buty, cały ten turystyczno-militarny styl. W ten sposób robi ukłon w kierunku młodzieży, tych, którzy cenią patriotyzm.

– I chyba chce się odróżniać od tych, którzy siedzą na stołkach i rozkradają państwo.

– Tak, ale głównie mówią, że robi to dla młodzieży. A to też jego naturalny wizerunek. Wszyscy, z którymi rozmawiałem, i deputowani, i komentatorzy polityczni mówią, że nie jest to sztucznie wymyślony wizerunek. Po prostu z wygody założył bejsbolówkę, turystyczne buty i tak poszedł z Giumri.

Jest też bardzo ciekawa historia związana z tymi czapkami. Zaczęło się od tego, że najpierw nie założył bejsbolówki, a zwykły płaski kaszkiet. W pewnej wsi podszedł do niego mężczyzna, który powiedział, że specjalnie przyjechał, by sprezentować mu swoją czapkę. Paszynian ją założył, a mężczyzna odszedł. Ale potem wrócił i powiedział, że chciałby w zamian dostać jego czapkę. Więc się wymielili i poszło… Teraz ta bejsbolówka stała się jednym z symboli rewolucji. Tak jak plecak Paszyniana, koszulka w kamuflażu i broda.

– Wiemy też, że Armenia jest państwem chrześcijańskim. I rola kobiet jest tam inna, niż ta, do której przyzwyczailiśmy się na Białorusi. Kilka słów o codzienności kobiet.

– Co ciekawe, to najbardziej na wschód wysunięte państwo chrześcijańskie, które wbija się klinem pomiędzy tureckojęzyczne muzułmańskie Azerbejdżan i Turcję. Teraz coraz więcej Ormianek pojawia się na scenie i na protestach. Jednak w życiu prywatnym jest to państwo dość patriarchalne. Gdy siadaliśmy za stołem u bohaterów naszego reportażu, kobiety prawie do nas nie dołączały. One były z boku.

Wywiad pojawił się w programie Praswiet z Aliną Kouszyk

Zobacz też
Komentarze