„By nie myśleli, że białoruski to przekręcony rosyjski”. Historia 92-letniej nauczycielki i stworzonego przez nią słownika


слоўнік Яўгеніі Чаплінскай. Літва Васіль Малчанаў/ Белсат

Mieszkanka wsi Litwa Jauhenija Czaplinskaja stworzyła słownik białoruskich słów, które nie powtarzają się ani w języku rosyjskim, ani polskim. Historia naszej bohaterki to też historia białoruskiego szkolnictwa, poczynając od czasów carskich.

Wchodząc do domu, pierwszym co rzuca się w oczy jest ogromna liczba białoruskojęzycznych książek, wśród których są i takie, które podpisał Nił Hilewicz, poeta i polityk walczący o status języka białoruskiego.

– No tak, kiedyś korespondowaliśmy, czasem do siebie dzwoniliśmy – skromnie tłumaczy pani Jauhenija, wyciągając pocztówkę.

List od Niła Hilewicza z komentarzem do słownika. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

 

Dzień dobry! Szanowna Jaugenijo Tamaszowna!

Bardzo żałuję, ale póki co muszę ograniczyć sie do tej pocztówki, na więcej nie mam ani czasu, ani sił. Słownik jest bezsprzecznie ciekawy i zasługuje na uwagę, ale językoznawcy i autorzy dwunastotomowego Słownika Etymologicznego Języka Białoruskiego będą, na pewno, się z Panią kłócić. Moim zdaniem, nie trzeba liczyć ilości „czysto swoich” słów – w języku rosyjskim „rosyjskich słów” jest nie więcej, niż w języku białoruskim „białoruskich”. Na świecie nie ma ani jednego „czystego” języka. Sedno nie w leksyce, a w duchu języka, w jej składzie, w morfemach i składni, w melodii brzmienia. Nasz język nie musi się tłumaczyć. Ma tysiąc lat. Z wyrazami szacunku NH. 3.9.09

 Po przeczytaniu na głos listu od Hilewicza starsza pani zaczyna emocjonalnie tłumaczyć:

– Pokazywałam go jedynie ludziom, których to interesuje. Nie był on nigdzie wydany. A Nił Hilewicz… Widzicie, dla kogo ja to pisałam? Nie dla naszych białoruskich uczonych, a dla ludzi! Dlatego, że wielu z naszych rodaków też myśli, że białoruski to nie język, że to poprzekręcany rosyjski. Dlatego właśnie nie dla językoznawców pisała, a po to, by ludzie wiedzieli, że istnieje taki język, istnieją tylko nasze słowa.

Słownik Jauhenii Czaplinskiej. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

92-letnia Jauhenija Czaplinskaja wyciąga z szafy czerwoną teczkę. Przez wiele lat udało się jej zebrać ponad tysiąc autentycznie białoruskich słów, które nie powtarzają się ani w języku rosyjskim, ani w polskim. Obok każdego słowa stoją dla porównania jego odpowiedniki po polsku i rosyjsku.

Do takiego nietypowego hobby popchnęła panią Jauheniję krzywdząca opinia miejscowego studenta, który wrócił na wieś z Moskwy.

– To było tak. Jeden student, który na wakacje przyjechał z Moskwy do domu, a uczył się tam w Moskiewskich Fizyczno-Technicznym Instytucie, mówi do mnie: wskażcie mi choć jedno słowo, które nie byłoby podobne ani do polskiego, ani do rosyjskiego. I oto w tamtej chwili powiedziałam mu jedno, może dwa słowa. To wszystko, nic mi do głowy nie przyszło. Na tym skończyła się gadka, a ja nie mogłam się już uspokoić.

Słownik Jauhenii Czaplinskiej. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

 

– Myślałam już tylko o tym, by znaleźć więcej takich słów. I tak się w to zaangażowałam, że przez kilka miesięcy, czy ile tam czasu, gdy tylko znajdę nowe, to taka mnie radość ogarnia. I zapisuję od razu. Znalazłam ich ponad tysiąc, bez słów o jednym korzeniu. Gdyby zrobić z nich przymiotniki, imiesłowy, byłyby trzy tysiące – mówi badaczka.

Nauczycielska dynastia Białanowiczów

List od Niła Hilewicza z komentarzem odnośnie słownika. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

 

 

W jednym z listów od Niła Hilewicza rzuca się w oczy zdanie: „Jest Pani Nauczycielką z wielkiej litery, widać to nawet po Pani piśmie”.

Pani Jauhenija ponad 40 lat pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej, początkowo w rodzinnych Marszałkach, a potem we wsi Litwa, gdzie przyjechała za mężem, który także pracował w szkole. Rodzice naszej rozmówczyni także byli nauczycielami. Przy czym tata Tamasz był nauczycielem carskim, a matka, z pochodzenia Ukrainka, a do tego patriotka, nauczała po polsku.

– Tata, Tamasz Biełanowicz, był świadomym Białorusinem. Tak, świadomy Białorusin. Nie chodziłam jeszcze do szkoły, byłam jeszcze malutką dziewczynką, a on uczył mnie na pamięć. Ja i teraz ten wierszyk pamiętam:

Chociaż mała, chociaż krzywa, chateczka moja,

Nie oddam jej nikomu, bo ona moja!

To wiersz Kupały. Gdy przychodzili do nas goście, zmuszano mnie do recytowania tego wierszyka – wspomina Jauhenia Czaplinskaja, pokazując portrety rodziców, wykonane w 1921 roku w Wilnie.

Rodzice Jauhenii Czaplinskiej. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

Ojciec, Tamasz Biełanowicz, jeszcze przed pierwszą wojną światową był carskim nauczycielem. Walczył na froncie, a potem, gdy w Imperium Rosyjskim wybuchła rewolucja, wrócił do domu, ożenił się i osiadł w Marszałkach.

– Mama, Sofija Biełanowicz była Ukrainką z krwi i kości. I to świadomą Ukrainką. Patriotką! Przyjechała tu z polecenia polskich władz, bo od 1920 roku była to już Polska. Języka białoruskiego nie znała. Ani rosyjskiego. Dobrze władała niemieckim, bo pochodziła z Galicji. Znała ukraiński i polski. A tu nauczyła się mówić po białorusku, a potem i po rosyjsku.

Partyzanci zabraniali się uczyć, bo zapisywano do młodzieżówki nacjonalistycznej

Przedwojenna legitymacja szkolna Jauhenii Czaplinskiej z warszawskiego gimnazjum, rok 1939. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

Do 1939 roku, dopóki nie przyszli Sowieci, Jauhenija Tamaszowna ukończyła sześć klas polskiej szkoły. W 1938 roku poszła do gimnazjum w Warszawie, po pierwszej klasie wróciła na wakacje i polskiej stolicy nie zobaczyła już nigdy.

– W czasie okupacji uczyłam się w białoruskiej szkole handlowej. Przyjęto mnie do drugiej klasy, a tedy partyzanci powiedzieli mamie: „zabieraj dziewczynę do domu!”. Dlatego, że tam zapisują do SBM, Związku Białoruskiej Młodzieży, który nazywali „Śmiercią Białoruskiej Młodzieży”. Nie sajuz, a śmierć. I zabrali mnie, więc trzeciego roku nie ukończyłam – opowiada pani Jauhenija. – Za Polski szkoła była polska, za sowietów – chociaż po białorusku, to bolszewicka, a dopiero teraz pod okupacją Białorusini chcieli stworzyć swoją białoruską szkołę. Uczono tam i białoruskiej historii, i języka, i literatury i wszystkiego, była nawet klasa muzyki białoruskiej. W czasie okupacji nie było już tego sowieckiego odchylenia. Różnie było z nauczycielami, gdy wrócili sowieci. Ktoś uciekł, niektórzy poszli z Niemcami na zachód. Z tych, którzy zostali, niektórych wywieziono, niektórych aresztowano. Takie czasy.

Pani Jauhenija z klasą, 1973 rok. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

Po wojnie pani Jauhenija skończyła szkołę w Wołożynie, a potem szkołę pedagogiczną w Lidzie. Zdobywszy wykształcenie, wróciła do rodzinnych Marszałków i zastąpiła w szkole matkę.

– Nauczałam po białoruski. W tutejszej szkole siedmioklasowej początkowo wszystko było po białorusku. Potem, po maleńku, po cichutku… Z uczelni zaczęli wysyłać do nas młodych nauczycieli, którzy ukończyli je już po rosyjsku. I powoli rusyfikowali szkołę. Początkowo w miastach wszyscy stali się rosyjscy. A potem i na wsiach. Gdzieś w latach siedemdziesiątych zaczęła się ta rusyfikacja – wspomina nauczycielka, która dobrze pamięta, gdy w podstawie programowej zabrakło piosenek i zabaw po białorusku. Jednak protesty i odczyty na schodach nie dawały żadnych rezultatów.

Obecnie była nauczycielka mieszka w malowniczym domku we wsi Litwa pod Mołodecznem. Ma dwóch synów, którzy jednak żyją w Mińsku i Moskwie.

Pani Jauhenija ma 92 lata i korzysta z Facebooka. Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

Jauheniję Czaplinksą ciężko nazwać zwyczajną białoruską babcią. Mając 92 lata korzysta z Facebooka (nauczył ją tego syn), czyta stosy książek, a w czasie wolnym gra na syntezatorze muzykę kościelną. Kilka lat temu nakłoniła swojego kolegę ze wsi Mikałaja Machnacza, który wyemigrował do Ameryki, by napisał o swoich przychodach podczas służby w armii Andersa w czasie wojny. Książka pod tytułem „Długa droga do wolności” wyszła w niewielkim nakładzie, jednak dzięki skrupulatnej pracy tłumacza – pani Jauhenii – pozostała dla potomnych.

Zdjęcie: Wasil Małczanau. Biełsat

З Całkiem niespodziewanie do chaty pani Jauhenii przyszły dzieci z kiściami białej porzeczki w rękach.

– To dzieci idą, lubią ze mną pogadać, czasem dam im cukierek.

Pani Jauhenia częstuje maluchy cukierkami:

– Dzieci, co trzeba powiedzieć?
– Spasiba.
– A jak inaczej powiedzieć?
– Dziakuj.
– Zawsze trzeba mówić „dziakuj”, to po białorusku. I ty mów „dziakuj”.

Potem pani Jauhenija dodaje:

– Wioska mówi po rosyjsku, bo szkoła mówi po rosyjsku. Ale jeden się zastanowił i mówi „dziakuj”. Teraz będą chodzić i przypominać, co to „podziękować”.

Paulina Walicz, belsat.eu

Zobacz też
Komentarze