(Bardzo) mały ruch graniczny: wizy zniesione, ale potrzebna przepustka i ubezpieczenie


Już od jutra zagraniczni turyści będą mogli odwiedzić na 72 godziny białoruską część Puszczy Białowieskiej bez uprzedniego wyrobienia wizy. Do przekroczenia granicy nadal trzeba się jednak będzie wcześniej przygotować.

Gościnność dla zdyscyplinowanych

Wizyta w przygraniczych rejonach Białorusi nadal będzie się odbywać pod ścisłym nadzorem: w pierwszej kolejności trzeba będzie otrzymać przepustkę od uprawnionego przez stronę białoruską biura podróży, a potem wykupić ubezpieczenie zdrowotne na okres pobytu na Białorusi. Usługę tę należy wykupić również w biurze podróży. Dane chętnego do odbycia takiej wycieczki trafią oczywiście do białoruskiego MSZ, które sprawdzi, czy nie jest mu zabroniony wjazd na Białoruś.

Zapłacić za to trzeba będzie 50 złotych. Razem z ubezpieczeniem dzień na Białorusi będzie więc kosztował 58 zł. Istnieje też nieformalny wymóg: wjechać na Białoruś można tylko autobusem wyruszającym codziennie o 10 rano i wracającym o 18. Nie ma więc co myśleć o spontanicznej przechadzce za granicę, na przykład podczas pobytu w Hajnówce.

Nowy system niewiele ułatwi więc życie turystom. Znacznie bardziej jest on korzystny dla firm, którym turysta będzie płacił wygórowaną cenę za przewiezienie go kilka kilometrów w dwie strony.

Namiastka MRG

A mogło być o wiele prościej. W czerwcu 2010 r. prezydenci Polski i Białorusi podpisali umowę o małym ruchu granicznym, która pozwoliłaby mieszkańcom przygranicznych miejscowości swobodnie przekraczać białoruską granicę państwową bez potrzeby wyrobienia wizy. Strona polska dawno już ratyfikowała dokument, jednak Białoruś się do tego nie pali. Uproszczenia nie dotyczyłyby oczywiście turystów spoza nadgranicznych rejonów, jednak duch zmian mógł sprawić, że kraj poszedłby w kierunku otwarcia granic, a nie ich nieśmiałego uchylania.

Ogólnie rzecz biorąc, prezydent Łukaszenka od dłuższego czasu próbuje ograniczyć wyjazdy swoich obywateli do państw Unii Europejskiej i nie ma też zamiaru wpuszczać do swojego kraju zbyt wielu turystów z zagranicy. Od października zeszłego roku, na przykład, zamknięte są białoruskie piesze przejścia graniczne z Unią Europejską. Oficjalnym powodem był rzekomy brak odpowiednich urządzeń technicznych potrzebnych do działalności tych przejść.

Ekonomiczne rygory graniczne

Było jednak od razu wiadomo, że powód ten jest tylko wymówką: Unia Europejska przekazała władzom w Mińsku kilkadziesiąt milionów euro na ich zakup przez ostatnie kilka lat. Prawdziwym powodem jest pogłębiający się kryzys gospodarczy na Białorusi. Pensje maleją, a ceny w sklepach idą w górę.

Do niedawna obywatele białoruscy posiadający wizę schengeńską mogli swobodnie przejść za granicę do Polski i Litwy i kupować tam produkty po niższych cenach niż w ich własnym kraju. Jednak reżim z uzasadnionych przyczyn boi się, że zbyt wielu obywateli zobaczy, jak żyje się Polakom i Litwinom i zechcą, żeby u nich było podobnie. Poza tym – w pierwszej kolejności trzeba opróżniać półki w białoruskich sklepach, a nie zagranicznych hipermarketach.

Gra na własnych zasadach, czy do własnej bramki?

Dlatego więc nie wydaje się, by Białoruś w przyszłości chciała współpracować z krajami UE w tej dziedzinie: będzie ona raczej nalegała na przeprowadzeniu pozornej deregulacji, a faktycznie na zmianie przepisów wizowych na własnych zasadach. Pierwszym takim eksperymentem – zresztą świetnie wykorzystanym w celach wizerunkowych – było umożliwienie bezwizowego wjazdu zagranicznym kibicom na przyznane Bialorusi Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie.

Ale ta w znacznej mierze propagandowa alternatywa wybrana przez Łukaszenkę raczej nie pomoże obywatelom kraju. Na odwrót – tymczasowo odizoluje pewną ich część od możliwości zobaczenia, że życie może wyglądać inaczej. A cudzoziemcom da możliwość zapoznania jedynie z tymi enklawami Białorusi, które chcą pokazać im władze.

Karol Łuczka, belsat.eu/pl

 
Zobacz też
Komentarze