Ekspert: sprawa z dopingiem białoruskiej olimpijki to spektakl


Zdaniem redaktora portalu goals.by – skrucha trenera, który rzekomo miał bez jej wiedzy dosypać białoruskiej sportsmence Nadziei Astapczuk środki dopingowe do jedzenia – to spektakl. „Prawdopodobnie dali mu taką rolę i teraz musi ją grać” – podkreśla Maksym Beraziński.

Nadzieja Astapczuk zdobyła olimpijskie złoto dla Białorusi w pchnięciu kulą. Medal straciła po kontroli dopingowej. Zakazany środek miał dorzucić jej do jedzenia trener Aleksander Jafimau – o czym poinformował podczas konferencji w Mińsku dyrektor Narodowej Agencji Antydopingowej Aleksander Wanchadła.

Według jego relacji, trener miał to zrobić 30 lipca – po tym gdy sportsmenka przeszła kontrolę antydopingową. Jafimau miał się osobiście przyznać do swojego czynu – wyjaśniał, że obawiał się o wynik Astapczuk. Dziennikarz przypomina, że z początku białoruska Narodowa Agencja Andydopingowa zapowiadała obronę sportsmenki przed oskarżeniami. Teraz jednak urząd zdecydował, że doping był i za aferę odpowiada trener.

Białoruska Agencja Antydopingowa na podstawie wyników śledztwa postanowiła zdyskwalifikować trenera na cztery lata, a jego podopieczną na rok. „Nie wytłumaczono nam skąd wzięła się ta nagła zmiana. Urzędnicy poddali się i są gotowi przyznać, że doping jednak był” – dodaje Beraziński.

W efekcie urzędnicy postanowili zdyskwalifikować Astapczukla na rok a jej trenera na cztery lata. „Według prawa po stwierdzeniu dopingu sportowiec nie może wyjść czysty z ej sytuacji” – uważa dziennikarz. Sama Astapczuk jednak nie wierzy w tłumaczenia trenera i jest gotowa walczyć nadal za swoje dobre imię. W historię z dosypaniem dopingu nie wierzy w były szef związku lekkiej atletyki Białorusi Aleksander Rudnik.

Biełsat
www.belsat.eu/pl

Zobacz też
Komentarze