Białoruski rząd nie wie czy jest dobrze czy jest źle


Po piątkowych wystąpieniach dwóch wicepremierów rządu Białorusi społeczeństwo ma prawo czuć się zdezorientowane. Pierwszy z nich – Siarhiej Rumas powiedział, że tegoroczna inflacja – oficjalnie w wysokości ponad 80 procent – to „hańba dla rządu”, z kolei zaś – Anatol Tozik twierdzi, że od początku roku realne dochody ludności wzrosły o 7,4 procent. Wicepremier Tozik stwierdził ponadto, że „Białoruś ma pewne problemy w gospodarce, ale kryzysu w kraju nie ma” oraz że w ciągu przyszłego roku główne problemy zostaną rozwiązane.

Znany politolog białoruski Roman Jakauleuski powiedział Biełsatowi, że bardziej wierzy zawodowemu finansiście Rumasowi, którego ojciec był ministrem finansów Białorusi, niż byłemu generałowi Anatolowi Tozikowi. „Jeśli ktoś będzie stawiał zarzuty, że na Białorusi nie ma pluralizmu – proszę bardzo, oto dowód, że przynajmniej gospodarczy jednak jest.” Jakouleuski nazywa to jednak rozszczepieniem jaźni białoruskiego reżimu.

Tymczasem w czwartek szefowa Banku Narodowego przyznała, że Białoruś będzie musiała na kilka lat całkiem zaprzestać budowy mieszkań ze środków państwowych, a niezależni ekonomiści uważają zgodnie, że bankructwo kraju w perspektywie kilku najbliższych lat jest nieuchronne z powodu czekających Białoruś olbrzymich wypłat z tytułu zadłużenia zagranicznego przekraczającego 60 procent PKB.

Sytuacja ta zaczyna realnie zagrażać stabilności finansowej białoruskiego państwa. Znaczna część długu przypada na pożyczki krótkoterminowe, przeważnie rosyjskie. Tylko w latach 2013-2014 państwo białoruskie będzie musiało zwrócić ponad 3 mld USD. Obecnie rezerwy dewizowe Białorusi będące własnością rządu wynoszą zaledwie 1,2 mld USD, czyli mniej niż wartość miesięcznego importu. Reszta to środki przekazane Bankowi Narodowemu przez banki komercyjne w ramach operacji typu swap i będą musiały również zostać zwrócone w ciągu kilku lat.

Michał Janczuk (TV Biełsat)

www.belsat.eu/pl

Zobacz też
Komentarze