Białoruskie umowy śmieciowe dyscyplinują pracowników


Kryzys gospodarczy uderzył w białoruskich robotników zatrudnionych w państwowych zakładach produkcyjnych. W homelskiej fabryce mebli „Homeldreu” w czerwcu wprowadzono poprawkę do umowy zbiorowej, według której 10 procent miesięcznej pensji pracownicy muszą wydać na produkty z fabrycznego sklepu. Co więcej, zarząd ma prawo nie wypłacać tej części wynagrodzenia i zastąpić ją dowolnym towarem produkowanym przez fabrykę.

Jak donosi niedzielna gazeta „Zwiazda”, pracownicy tej firmy skarżą się, że sklepy fabryczne systematycznie zawyżają ceny nawet o 50 procent, jednocześnie sprzedając towary niskiej jakości. Gdy do umowy wprowadzano poprawki, nikt głośno nie protestował. Pod rządami Łukaszenki, państwo zdyscyplinowało robotników białoruską wersją umów śmieciowych, czyli rocznymi kontraktami zatrudnienia. Jeśli ktoś upomni się o przysługujące mu prawa pracownicze, nie ma co liczyć na odnowienie kontraktu na koniec roku.

Łamanie praw pracowniczych stało się też narzędziem w walce z opozycją. Od 2002 roku absolwenci szkół wyższych są zobowiązani do podjęcia pracy od razu po ukończeniu studiów na dwa lata w miejscu wyznaczonym przez reżim. Państwo uzasadnia to potrzebą rekompensaty kosztów kształcenia studentów. Alternatywą dla pracy na prowincji, w przedsiębiorstwie państwowym za naprawdę niskie wynagrodzenie, jest zwrot państwu kosztów studiowania. Obecnie to około 5 tysięcy złotych za każdy rok studiów, mało kogo stać na taki wydatek.

Po ubiegłorocznych grudniowych wyborach prezydenckich, system przydzialania absolwentów do pracy zaczął być wykorzystywany przez państwo jako metoda represji wobec tych, którzy zaangażowali się po stronie opozycji. Absolwenci, którzy działali w trakcie wyborów po „niewłaściwej” stronie, dostali w tym roku najgorsze przydziały do pracy, w tym w skażonej strefie czarnobylskiej.

Michał Janczuk (TV Biełsat)

Zobacz też
Komentarze