Na Białorusi nie będzie na razie Majdanu


Białoruska opozycja uważnie śledzi protesty na Ukrainie, zazdroszcząc sąsiadom umiejętności obrony własnych poglądów, ale szanse wybuchu podobnych demonstracji w Białorusi są na razie bliskie zeru – pisze w sobotę internetowa gazeta „Biełorusskije Nowosti”.

„Zarówno sam fakt wyjścia na ulice setek tysięcy Ukraińców (…), jak i dynamika protestu oraz reakcja władz zanadto kontrastują z białoruskimi realiami i zmuszają do konkluzji, że podobne wystąpienia nie będą w białoruskiej walce politycznej kwestią nie tylko dnia jutrzejszego, ale nawet pojutrzejszego” – czytamy w „Biełorusskich Nowostiach”.

W komentarzu podkreślono, że choć ukraiński reżim w zasadzie można nazwać autorytarnym, to nie dorównuje on surowością reżimowi białoruskiemu. „Władza na Białorusi jest dużo brutalniejsza, bardziej monolityczna i bardziej skonsolidowana” – cytuje gazeta niezależnego politologa Jurego Drakachrusta.

Podkreśla on, że w ukraińskim parlamencie zasiada wielu przedstawicieli opozycji, podczas gdy na Białorusi nie ma ani jednego, a w dodatku część ukraińskich gubernatorów poparła protesty, zaś rektorzy poprowadzili studentów na demonstracje.

Drakachrust wskazuje ponadto, że Wiktor Janukowycz jest już czwartym prezydentem Ukrainy w ciągu 20 lat i rozumie, że będzie musiał żyć za kadencji piątego i szóstego. Z tego powodu nie fetyszyzuje władzy tak jak jego białoruski odpowiednik Alaksandr Łukaszenka, który piastuje stanowisko prezydenta już prawie 20 lat.

Za nietypową dla władzy autorytarnej uznaje też Drakachrust reakcję na rozpędzenie demonstracji na Majdanie 30 listopada. „Komendant kijowskiej policji został zdymisjonowany, a prezydent i rząd wprawdzie nie od razu, ale jednak potępili brutalne działania specnazu. Tymczasem dla władz białoruskich tempo rozpędzenia Płoszczy 2010 (tj. protestów po wyborach prezydenckich) było powodem do dumy” – zaznacza.

Według Drakachrusta Łukaszenkę różni od Janukowycza także to, że zupełnie otwarcie deklaruje, iż Rosja jest mu bliższa niż Europa. „Janukowycz ma zasadniczo takie same poglądy co demonstranci. To osłabia jego pozycję” – ocenia.

Inny białoruski politolog Aleś Łahwiniec zwraca natomiast uwagę, że ukraińska tradycja udziału w życiu politycznym znacznie różni się od białoruskiej. „W jednym przypadku – ekonomiczna zależność 70-80 proc. ludzi od pracy w sektorze państwowym, w drugim – oligarchiczny kapitalizm z dużą liczbą ośrodków podejmowania decyzji i dużym poczuciem osobistej odpowiedzialności, nie zaś zależności od państwa” – wskazuje.

Białorusini – czytamy w artykule – mają zatem sporo do stracenia, a ich nadzieje na skuteczność protestów są znacznie mniejsze. Ukraińcy mają poza tym za sobą świeże doświadczenie osiągnięcia zwycięstwa politycznego poprzez protesty, zaś Białorusini – doświadczenie wyroków więziennych za demonstracje.

„Biełorusskije Nowosti” wskazują, że zmęczenie obecną władza istnieje nie tylko na Ukrainie, ale też na Białorusi, potrzebny jest jednak silny impuls, by przeobrazić je w namacalne zjawisko polityczne. „A biorąc pod uwagę wspomniane wyżej ograniczenia, taki impuls powinien być dużo poważniejszy niż wstrzymanie eurointegracji, które rozzłościło Ukraińców” – czytamy.

Gazeta zastanawia się wobec tego, gdzie znajduje się bolesny punkt Białorusinów, który mógłby ich skłonić do protestu. „Uczciwa odpowiedź na to pytanie brzmi: +Na razie nie wiadomo+. Wcześniej popularny był pogląd, że przyszła białoruska rewolucja jest uwarunkowana gospodarczo, ale praktycznie spokojna reakcja społeczeństwa na niespotykany wcześniej rozmiar kryzysu 2011 roku rozbił tę teorię w drobny mak” – napisano w komentarzu.

„Jeśli białoruskiemu Majdanowi jest sądzone się ziścić, musimy najpierw być świadkami formułowania się takich aspiracji społecznych, na których ignorowanie władza nie będzie sobie mogła pozwolić, ale też których nie będzie w stanie spełnić. Trudno powiedzieć, czy będzie to kwestia niepodległości, której zagraża integracja eurazjatycka, czy też dobrobytu materialnego na świecie wobec uwiądu białoruskiego cudu gospodarczego” – czytamy.

Gazeta ostrzega, że jeśli taki bolesny punkt nie zostanie dotknięty, to przyszłość kraju najprawdopodobniej rozstrzygnie się w gabinetach, nie zaś na ulicy.

Zobacz też
Komentarze