Uczestnicy „Płoszczy” nadal pozostają w więzieniu


W drugą rocznicę brutalnego stłumienia powyborczej demonstracji 19 grudnia 2010 r. w więzieniu nadal przebywają uczestnicy tamtych wydarzeń.

Więźniowie

Do dziś na wolność nie wyszedł były kandydat na prezydenta Mikałaj Statkiewicz – uznany przez władzę za prowodyra „zamieszek” i skazany na 6 lat kolonii karnej. Jednak nawet tam prześladowania nie ustały – więzień został oskarżony o złośliwe naruszanie regulaminu więziennego, po czym na wniosek sądu zaostrzono mu karę – trafił do więzienia. Oznacza to przebywanie w prawie pełnej izolacji – w kolonii więzień ma dużo większą możliwość poruszania się i kontaktu z innymi więźniami, może również pracować.

W więzieniu przebywa również lider opozycyjnego „Młodego Frontu” Źmicer Daszkiewicz i jego współpracownik Eduard Lobau , którzy zostali aresztowani w przeddzień wyborów prezydenckich. Obydwaj zostali oskarżeni o rzekomą napaść na przechodnia i skazani- Daszkiewicz na 2 lata, Lobau na 4 lata kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Lider Młodego Frontu został również oskarżony o łamanie regulaminu, przez co przedłużono mu wyrok o kolejne osiem miesięcy. Prześladowania więźniów politycznych mają na celu wymuszenie podpisania listu do Łukaszenki z prośbą o ułaskawienie.

Do aresztu powrócił inny uczestnik demonstracji Wasyl Parfiankou – aktywista sztabu wyborczego Uładzimira Nieklajewa. W lutym 2011 r. został skazany na cztery lata więzienia za wszczynanie zamieszek, z czego odsiedział pół roku i został ułaskawiony przez Łukaszenkę. Nie dane mu było nacieszyć się wolnością zbyt długo. W maju br. trafił znowu na pół roku do więzienia za rzekome złamanie zasad zwolnienia warunkowego.

Emigranci

Prześladowania doprowadziły do ucieczki z kraju kilkunastu działaczy opozycyjnych uczestniczących w tamtych wydarzeniach. W obawie przed powrotem do więzienia wyemigrowali byli kandydaci na prezydenta: Aleś Michalewicz, Andrej Sannikau, a także szef jego sztabu wyborczego Andrej Bandarenka oraz rzecznik Aleksander Atroszczenkau. W Warszawie przebywa również redaktor największego opozycyjnego portalu WWW.charter97.org Natalia Radzina.

Dwa lata temu w grudniu

Takiego nasilenia aktywności obywatelskiej Białoruś nie widziała od ponad 10 lat. Dwa lata temu dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulicę Mińska, żeby zaprotestować przeciwko oficjalnym wynikom wyborów prezydenckich. Manifestacja została rozpędzona – setki osób trafiło do aresztów.

W akcji protestu na placu Kastrycznickim (Październikowym) wyszło według różnych szacunków od 10 do nawet 40 tys. ludzi. Jeszcze przed rozpoczęciem demonstracji na kolumnę prowadzoną przez kandydata na prezydenta Uładzimira Niaklajewa napadli „nieznani sprawcy”. Polityk został ciężko pobity, a następnie wykradziony ze szpitala i przewieziony do aresztu KGB.

Podczas demonstracji okazało się, że przywódcy opozycji nie mają jasnego planu działania – tłum ruszył pod budynek rządu na placu Niezależności. Na miejscu, gdy milicyjni prowokatorzy rozbili szklane drzwi budynku rozpoczęła się brutalna akcja rozpędzenia demonstracji przy użyciu oddziałów OMONu. W rezultacie zatrzymano ponad 700 osób, wśród nich większość opozycyjnych kandydatów na prezydenta. Kilkanaście osób zostało skazanych za organizowanie i uczestnictwo w masowych zamieszkach społecznych, pół roku później większość z nich została pół roku później ułaskawiona przez prezydenta Łukaszenkę, jednak nie wszyscy.

Karolina Rusinowicz/ Biełsat

WWW.belsat.eu/pl

Zobacz też
Komentarze