Sklep na kółkach. Podróż donikąd


Wino. Najtańsze to towar pierwszej potrzeby. Wódki na wsi się nie pije, bo za droga. Jednak w handlu obwoźnym musi być wszystko – od octu po szampan.

Leśna droga. Piasek. “Latem jest piekielnie gorąco! Kurz leci z drogi, w środku nie da się wytrzymać- opowiada kierowca Wiktor.- A zimą nierzadko trzeba samochód z zasp wyciągać. Nieraz stoisz pośrodku lasu z towarem i pieniędzmi, aż strach ogarnia”.

Dojeżdżamy do wsi Zapruje: „Tu nawet pomnik jest. Podczas wojny Niemcy pół wsi rozstrzelali – 40 osób… A niech by wszystkich rozstrzelali! Teraz by mniej wina pili!

Okoliczni mieszkańcy nie kryją radości, że nadjeżdża sklep. Czasem nawet zdejmują z głów czapki i podrzucają do góry. Samochód-sklep parkuje, otwiera się boczna burta, a w środku asortyment i wyposażenie jak w prawdziwym sklepie: 5 gatunków kiełbasy, mięso, a nawet ryba. Aż dziw bierze, że ludzie we wsi kupują mleko, nabiał, a nawet buraki – praktycznie wszystko oprócz ziemniaków. Świnka w chlewie – tutaj to zjawisko rzadkie, krowa – jeszcze rzadsze. Kurczaki spacerują tylko po jednym podwórku, a cała wieś kupuje jajka w tym gospodarstwie.

Oj dziewczyny, mój pies, szlag by go trafił, rozchorował się. Żreć bydle nie chce!” – biadoli babcia Agata pod sklepem. „Oj, a u sąsiadki też zaniemógł”- dodaje inna kobiecina. „Ty popatrz, co się dzieje! To wszystko przez kleszcze, cholera jasna”- podsumowuje dziadek.

Temat wyczerpany. Sąsiedzi przerzucają się na inny temat. „O jaką ci ondulację zrobili, Iwanowa!” Kobita z ondulacją skromnie poprawia chustkę na głowie i tłumaczy się: „No czego chcecie? Normalna ondulacja tylko się troszkę fryzura rozwaliła. Jak umyje głowie to będzie ładnie” – uspokaja kobieta z ondulacją i podziurawionych kaloszach noszonych na bosą nogę. Zbliża się kolejka Iwanownej. Trzeba kupić żywność na trzy dni.

Poproszę 6 paczuszek „Prymy” ( papierosy bez filtra), trzy butelki wina, a piwo jest? No to wezmę. 2 opakowania pęczaku, mleko, kefir i trzy bochenki chleba”. Sprzedawczyni Iryna podaje i delikatnie podpowiada: „Może jeszcze śledzika – bardzo dobry. A może twarożku?

Tym czasem kierowca siedzi przy samochodzie i łuska pestki słonecznika. Na samym końcu kolejki ustawili się bywalcy wiejskiej meliny. Kupują tanie wino, czasem chleb.

Zapruje – największa wieś na trasie sklepu na kołach. Na zakupy przyszło 8 osób. Jedziemy dalej. Znowu przez las. „ Ja w tym sklepie pracuję już 15 lat. Wcześniej zaopatrywaliśmy jeszcze inne wioski: Malinniki, Szyłowicze, Hraki. Dziś tam już nikt nie mieszka, chałupy albo się rozbiera, albo się same zapadają ze starości. A komu to przeszkadza? Niech by sobie stały. Teraz Rosjanie wszystko skupują. Tamten dom z zielonym dachem ledwo się trzyma, a Moskwianin za 20 tys. dolarów kupił, ale od roku się nie pokazuje. Opłaca człowieka, co mu dom dogląda. Albo tam rodzina z Syberii przyjechała. Lekarz zalecił dzieciom zmianę klimatu. Rosjan tu teraz bardzo dużo”.

Pracownicy obwoźnego sklepu nie tylko zaopatrują w żywność mieszkańców oddalonych białoruskich wsi. Oprócz telewizji i taniego wina to dla nich jedyna rozrywka, a dla niektórych to jedyna okazja z kimś porozmawiać. Niektórzy widują częściej pracowników sklepu, niż własne dzieci, które wyjechały do miasta.

Wszyscy dobrze się znają. „Widzicie tę kobietę? Zuch kobieta! Córka jej się udusiła, nie zdążyła biedaczka wyciągnąć inhalatora na astmę. A zięć z rozpaczy upił i się powiesił. Dwóje małych dzieci zostało bez rodziców. Babcia wychowała, postawiła na nogi budrysów. Teraz skuterem po wsi ganiają”.

Kolejna wieś – Uzbiareż. Na przyjazd sklepu nikt nie czeka. Kierowca trąbi. „Ten cały sklep to byle co! – narzeka Wiktor. – Ja w ciągu miesiąca zużyje paliwa na 3 mln rubli (ok. 1300 zł.), a utargu na 1,5 mln. Przy tym każda babcia teraz taka wyedukowana, zna swoje prawa. Zadzwoni do gminy, o wszystko wypyta i wie, że sklep powinien pod sam dom podjeżdżać. Starowina kupi bochenek chleba, a ty grzej silnik. Idzie taka ledwie człapie o dwóch kulach. A przyjdzie pora na grzyby i jagody, to od razu zapomni o kulach i poleci do lasu. Jak kozica będzie skakała po tym lesie”.

Zanim kolejna babcia z wielkim wysiłkiem dojdzie do sklepu, kierowca wylicza, kogo dzieci zabierają na zimę do miasta. „ A latem z powrotem przywożą. A ile taka babcia potrzebuje? No nie ma wody w chałupie, ale ile jej tej wody trzeba? Za dzień sobie kubeczkiem ze studni nanosi!” – żartuje Wiktor.

Objeżdżamy chutory, które jeszcze władza radziecka dla formalności połączyła w jedną wieś. Jednak mieszkańcy chutorów nadal traktują swoje kolonie jako odrębne jednostki, a władzę mają w głębokim poważaniu. „Kupię tylko chleb, bo pieniędzy nie mam”- krzyczy z oddali 87-letnia babcia Nasta. „ To gdzie wszystko wydałaś? Przecież tobie Niemcy za wywiezienie na roboty muszą płacić! Trumna kieszeni nie ma, na tamten świat nie zabierzesz!” – „A kto mi tam płaci? Raz tylko zapłacili i to dawno temu. A teraz te k…y przyjechały!” – krzyczy rozwścieczona babcia. „Jakie k…y?”- pyta ze zdziwieniem kierowca. – „A żeby ich szlag jasny! Z gminy. Jak tylko śnieg zszedł to odrazy przyniosło. Konika mego chcą opodatkować. A jeszcze pytają, gdzie są moje kury? Ja tak sobie pomyślałam, że zaraz mi jeszcze i kurki opodatkują. A w dupie są moje kury!!! A żeby ich szlag!

Babcia Nasta mieszka z dorosłym synem – starym kawalerem. Ma szczęście, bo syn pomaga w gospodarstwie. Najmłodsi mieszkańcy wsi mają około 50-60 lat. To dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, ale nie dlatego, że muszą ich doglądać. „Dzieciaki” nigdy nigdzie nie pracowały i żyją, a dokładniej piją za emerytury rodziców.

Godz. 16. Sklep wraca do miasteczka. Utarg marny. Kurz taki, że w kabinie kierowcy praktycznie nie ma czym oddychać i nic nie ma żadnych widoków na przyszłość…

Volha Shved, belsat.eu

Глядзі таксама
Каментары